Carlos Rasch - _owcy asteroid¢w.rtf

(10227 KB) Pobierz
?owcy asteroid?w


75

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Carlos Rasch

 

 

Łowcy asteroidów

 

 

 

 

1. PIĘĆSET DWUDZIESTY KRĄG SŁONECZNY

 

 

              Radiotelegram dowódcy + W Pomieszczeniu Etyki + Pilotron + Wypad do ekliptyki + Egzamin + Filitra Goma + Alarm radarowy

             
 

              Wszystkich trzydziestu siedmiu członków załogi zebrało się w przedniej części statku kosmicznego, w centrali sterowania. Na twarzach malował się wyraz napiętego oczekiwania, stanęli obecnie przed pierwszym z wielkich zadań wyprawy kosmicznej: dotarciem do łańcucha łowców asteroidów.

              Jako ostatni wszedł do wysokiego, lekko sklepionego pomieszczenia dowódca Axel Kerulen, mocny, niezbyt wysoki mężczyzna. Rzucił wnikliwe spojrzenie na najważniejsze instrumenty kontrolne astropilota – automatycznego pilota gwiezdnego. Lot przebiegał planowo. Zadowolony podszedł do pulpitu radiowego i radarowego.

              – Za czterdzieści minut znajdziemy się w pozycji umożliwiającej rozpoczęcie manewru – powiedział półgłosem do oficera radiowego Norberta Frankena. – Proszę nadać nasz sygnał wywoławczy i nawiązać łączność ze statkiem wiodącym.

              Franken wyprostował się w fotelu; długie, smukłe palce zaczęły sprawnie i szybko obsługiwać liczne klawisze i przełączniki.

              W momencie wejścia dowódcy spośród stojących wokół członków załogi wystąpili inżynier urządzeń napędowych i nawigator, zajmując miejsca przy swych 1 pulpitach. Ucichły rozmowy, zapanowała cisza.

              Norbert Franken skoncentrował uwagę na aparaturze. Wiedział, że przed chwilą z kadłuba rakiety wysunęły się automatycznie niewielkie anteny odbiorcze. Poruszały się powoli, szukając celu, zgodnie z rozkazem, jaki otrzymały automatyczne układy sterujące pracą aparatury radiowej. Tym celem był nadajnik rakiety wiodącej ŁA-401.

              Na ekranie poszukiwawczym ukazała się z lewej strony u dołu jasna iskierka i zaczęła stromym łukiem wędrować ku środkowi ekranu. Tam się zatrzymała. Poszukiwane źródło nadawcze zostało odnalezione. Jednocześnie rozległ się, początkowo słaby i niewyraźny, ale coraz wyraźniejszy i dźwięczniejszy głos:

              – Tu ŁA-401, wiodąca rakieta czwartej flotylli kosmicznej!

              Głos parokrotnie powtarzał to zdanie, do chwili gdy na ekranie ukazało się przyćmione zielone światełko. Połączenie zostało ustanowione. Automatyczna aparatura nadawcza rakiety wiodącej, lecącej w odległości wielu milionów kilometrów, odnalazła wywołującego, i nastawiła się na odbiór.

              – Tu ŁA-408 – zameldował się oficer radiowy. – Tu ŁA-408! Meldunek do dowódcy flotylli: ŁA-408; osiąga teren operacyjny. Prosimy o wprowadzenie w eskadrę.

              – Tu ŁA-401. Dowódca flotylli prosi komendanta Kerulena o informację lotu – odpowiedziała rakieta wiodąca.

              Krępa postać dowódcy pochyliła się nad mikrofonem. Spojrzenie świadczyło o koncentracji.

              – Tu ŁA-408, dowódca Kerulen. Melduję wam, towarzyszu astrodowódco, nasze przybycie na teren operacyjny. Stan załogi pomyślny. Statek jest gotów do wykonania zadań, urządzenia techniczne działają bez zarzutu. Na pokładzie znajdują się zgodnie z programem urządzenia specjalne do niszczenia meteorytów oraz przygotowana do montażu aparatura do ustawiania stosów ostrzegawczych na asteroidach i planetoidach. Załoga i statek podlegają przez dziesięć miesięcy waszemu dowództwu. Zapasy wody, powietrza i środków żywnościowych, przewidziane na ten okres, zmagazynowane są na statku, zgodnie z kosmicznymi przepisami bezpieczeństwa, w podwójnej ilości. Materiał rozszczepialny do wytwarzania energii dla silników i maszyn grawitacyjnych posiadamy w ilości trzykroć większej od przewidzianego zapotrzebowania. Nasza obecna prędkość w stosunku do Słońca wynosi czterdzieści pięć kilometrów na sekundę. ŁA-408 opuścił w ustalonym czasie bazę na Marsie, kierując się w stronę orbity Jupitera. Wlot na nasz teren operacyjny, między orbitami Marsa i Jupitera, przebiegał bez specjalnych wydarzeń. Za chwilę przekażemy wam, dowódco, listę załogi. Znajdzie pan na niej wypróbowanych współpracowników, którzy już po raz drugi i trzeci uczestniczą w rozwiązywaniu naszych wspólnych zadań w Kosmosie.

              Dowódca zrobił małą przerwę i odwrócił się do czekających w głębi pomieszczenia członków załogi” uśmiechając się zachęcająco do niektórych z nich. Po czym kontynuował:

              – Chciałbym jednak przede wszystkim wymienić czterech członków załogi, którzy po raz pierwszy w życiu opuścili planetę ojczystą, Ziemię. Mam na myśli chemika Filitrę Gomę z południowoamerykańskiego kręgu kulturowego, automatyka do spraw techniki sterowniczej i regulacyjnej Rai Raipura z hinduskiego kręgu kulturowego, Japończyka Kioto Yokohatę, pilota małej rakiety rozpoznawczej z daleko-wschodnio-azjatyckiego kręgu kulturowego oraz matematyka Oulu Nikerię ze środkowoafrykańskiego kręgu kulturowego. Zwłaszcza ci młodzi kosmonauci bardzo niecierpliwie oczekują spotkania z meteorytami i rozpoczęcia ich zwalczania. Kończę sprawozdanie i oczekuję waszych informacji.

              W czasie gdy oficer radiowy przegrywał taśmę magnetofonową z listą załogi dla rakiety wiodącej, w pomieszczeniu dało się zauważyć wzrastające napięcie. Energia kosmonautów, nagromadzona przez lata przygotowań i miesiące lotu z Ziemi na Marsa i stamtąd dalej, domagała się ujścia. Wiedzieli wszyscy, że owo zadanie, choć tak „uroczyście tym razem przekazane, w gruncie rzeczy można było streścić w kilku rzeczowych zdaniach; wśród kosmonautów stało się bowiem oczywiste, że wymienianie jedynie krótkich i precyzyjnych wskazówek i informacji jest niemal koniecznością życiową.

              – Pozdrowienie naszej Ziemi! – zabrzmiało poważnie i uroczyście z niewidocznych, zręcznie ukrytych głośników. Było to pozdrowienie kosmonautów, przeznaczone dla załogi statku kosmicznego, wypowiedziane przez dowódcę rakiety wiodącej spokojnym, mocnym głosem. – Pozdrowienie naszej Ziemi! – te trzy słowa zawierały całą tęsknotę i miłość ludzi w Kosmosie do ich pięknej, dalekiej planety ojczystej. – Serdecznie witani was, inżynierowie i naukowcy Łowcy Asteroidów-408, w imieniu wszystkich członków flotylli rakietowej naszego terenu operacyjnego. Szczególnie serdecznie pozdrawiam czterech młodych kosmonautów, którzy po dojrzałym namyśle dołączyli do naszej niełatwej ekspedycji.

              Będąc częścią wielkiej Służby Ruchu Kosmicznego, spełniamy tu, z dala od naszej ojczystej planety, poważny obowiązek. Przyczyniamy się do zmniejszenia najstraszniejszego ze wszystkich niebezpieczeństw podróży kosmicznych, niebezpieczeństwa zderzenia z meteorytami, oczyszczając wedle naszych najlepszych umiejętności przestrzeń międzyplanetarną w zasięgu strumieni meteorytów między Marsem a Jupiterem, z odłamków planety rozpadłej w zamierzchłych czasach. Nasze naczelne zadanie to wytropienie asteroidów, od odłamka skalnego poczynając, a na planetoidzie kończąc, i wyposażenie ich w ostrzegawcze radiolatarnie. Przy okazji niszczymy wszystkie meteoryty, od tych o rozmiarach ziarnka grochu do pocisku kosmicznego wielkości polnego kamienia, o ile przypadkowo natkniemy się na nie.

              Nasza flotylla składa się obecnie z dwudziestu jeden rakiet. Utworzyliśmy – między czterysta osiemdziesiątym a pięćset dwudziestym kręgiem słonecznym – łańcuch poszukiwań. Odstęp między rakietami wynosi dwa miliony kilometrów. Średnia szybkość flotylli – piętnaście kilometrów na sekundę. ŁA-408 zluzuje na zewnętrznym kręgu, najdalszym od Ziemi, statek ŁA-417. ŁA-417 został zawiadomiony o naszym przybyciu. Flotylla wyśle swój najbliższy wspólny namiar dla Ziemi i Marsa w najbliższym czasie kosmicznym, to jest pojutrze między godziną 0.00 a 0.15. Proszę potwierdzić zajęcie nowej pozycji na pięćset dwudziestym kręgu, a tym samym wasze przybycie do czwartej flotylli kosmicznej, również do SZŁA. Życzę Kolegom z ŁA-408 pełnego sukcesu.

              Głos dowódcy przebrzmiał. Norbert Franken potwierdził odbiór emisji. Anteny ukryły się na powrót w kadłubie rakiety.

              Można było rozpocząć pracę.

              Po rozmowie pozostali w centrali tylko komendant, matematyk, nawigator i inżynier aparatury napędowej, by przeprowadzić za pomocą formaksu, wielkiej matematycznej maszyny liczącej, obliczenia mające na celu wprowadzenie rakiety na pięćset dwudziesty krąg słoneczny. Wszyscy inni przeszli do Pomieszczenia Etyki, wielkiej kabiny towarzyskiej i wypoczynkowej w śródokręciu. Pozostało im jeszcze pół godziny spokoju i skupienia. Potem będą mieli sporo roboty z manewrami związanymi ze zluzowaniem tamtego statku kosmicznego.

              Niektórzy rozsiedli się w głębokich, wygodnych fotelach, inni spacerowali tam i z powrotem w skupieniu. Wszyscy myśleli o telegramie radiowym i zawartych w nim poleceniach. Nikt nie rozkoszował się świeżym powietrzem, przenikającym to pomieszczenie, ani przyciszoną muzyką, nikogo nie radowało piękne urządzenie kabiny przypominającej salon ani przyjazne, przyćmione oświetlenie.

              Powierzchowny obserwator mógłby sądzić, że kosmonauci są przygnębieni. Może dlatego, że dowódca polecił im zająć pozycję na zewnętrznym skrzydle, flotylli, na najbardziej wysuniętym we Wszechświat posterunku. Ale ten, kto przyjrzałby im się wnikliwiej, zauważyłby, że każda jednostka tej małej społeczności raz jeszcze bada swój stan psychiczny, analizując swą wiedzę, swą gotowość do czynu.

              Po chwili podniosła się z fotela Filitra Goma, chemik, jedna z tych, którzy pierwszy raz uczestniczyli w locie. Podeszła do ustawionej w rogu kabiny loniki, sferycznego fortepianu koncertowego. Oparci o smukłą białą kolumnę, pomyślaną zapewne jako akcent architektoniczny, stali tam – lekarka Sagitta i jej brat Norbert Franken.

              Rodzeństwo lubiło to miejsce. Lubili stać tu w milczeniu patrząc w dal. Jak gdyby przenikali wzrokiem pancerne płyty rakiety, wyzwalając się z ciasnoty statku kosmicznego. Dziwne to było rodzeństwo. Choć Sagitta nie potrzebowała braterskiej opieki i była samodzielna, jak wszyscy tu na pokładzie, w towarzystwie brata czuła się najbezpieczniej. Wobec innych członków załogi byli zawsze bardzo ożywieni i rozmowni. Gdy jednak w wolnych chwilach spotykali się przy białej kolumnie lub w swych kabinach, zaledwie wymieniali parę słów. Zadowalali się niemym porozumieniem. Była to właśnie jedna z tych chwil. Wyszeptane słowo, ruch dłoni czy spojrzenie wystarczyły, by się zrozumieli.

              Pogrążony w myślach Norbert Franken zauważył jednak, że ktoś podszedł. Podniósł wzrok i napotkał pytające ciemne oczy Filitry Gomy, dziewczyny z jednego z miast na terenie dawnej Brazylii.

              – Powiedz mi, proszę, co oznaczają te litery, wymienione przez dowódcę pod koniec – zapytała.

              Franken skinął przyjaźnie głową; Nie musiał się długo zastanawiać; zarówno on, jak i Sagitta już drugi raz uczestniczyli w polowaniu na meteoryty i znali ten skrót.

              – Skrót „SZŁA” – odpowiedział – zyskał wśród kosmonautów naszej flotylli prawo obywatelstwa, oznacza Szefa Łowców Asteroidów. Szef znajduje się w naszej bazie na Marsie. To doświadczony i zdolny astronauta. Z Marsa kieruje działalnością wszystkich rakiet poszukiwawczych i oczyszczających i informuje w porę zarówno nas, jak i inne grupy poszukiwawcze o nieoczekiwanych niebezpieczeństwach, na przykład o kometach, o oddziaływaniu plam słonecznych na nagłe nasilenie promieniowania różnego rodzaju.

              – Baza również utrzymuje za nas kontakt z Ziemią, gdyż Mars jest bliżej nas niż kula ziemska – uzupełniła Sagitta. – Stamtąd też przekazywane są za pomocą anten kierunkowych, nastawionych na odcinek Kosmosu, na którym w danym momencie pracujemy, bieżące informacje, audycje naukowe, rozrywkowe i emisje poczty kosmicznej z Ziemi dla wszystkich kosmonautów. Ponadto SZŁA dba w razie potrzeby o dodatkową pomoc lekarską. Gdy ktoś z kosmonautów za choruje na przewlekłą chorobę, może na mocy decyzji SZŁA przed zluzowaniem statku zostać odtransportowany na Ziemię celem dalszego leczenia. I wreszcie do funkcji SZŁA należy wysyłka rakiet pocztowych i zaopatrzeniowych z Marsa, Ziemi bądź Księżyca, dowożących łowcom asteroidów części wymienne i nowe wyposażenie na wypadek przedwczesnego zużycia starych.

              – Czy taka rakieta pocztowa przewozi także dodatkową żywność, tlen i paliwo jądrowe? – zapytała Filitra.

              – O ile mi wiadomo, nigdy jeszcze nie zaszła taka konieczność, jeśli chodzi o żywność i tlen, gdyż każdy statek kosmiczny posiada je w nadmiarze – powiek działa. Sagitta.

              – Ale jeśli chodzi o paliwo jądrowe, zdarza się często nadmierne zużycie wskutek konieczności długotrwałego manewrowania całymi flotyllami – uzupełnił Norbert Franken. – Ponieważ łowcy asteroidów znacznie rzadziej niż inne statki kosmiczne stosują beznapędowe loty, zużycie energii jest tu bardzo wysokie. Zwłaszcza w pobliżu roju odłamków zachodzi często konieczność długotrwałego przyspieszania i hamowania. Poza tym wiele energii zużywa się przy obstrzale meteorytów przez miotacze promieni.

              Wokół obydwu kobiet i inżyniera radiowego utworzył się krąg słuchaczy. Ostatnie zdanie Norberta Frankena dało asumpt do rozmaitych przypuszczeń co do chwili pierwszego spotkania z meteorytami.

              Filitra Goma była zdania, że mimo nowoczesnych urządzeń technicznych trzeba będzie ich szukać miesiącami, gdyż wedle rachunku prawdopodobieństwa możliwość spotkania statku kosmicznego z meteorytem zdarza się tylko raz na kilka lat. W głębi serca pragnęła, by to teoretyczne założenie sprawdziła się w ich wypadku. Bała się spotkań z meteorytami i asteroida – mi, ale starała się ukryć swoje obawy. Gdy jednak usłyszała poglądy innych kosmonautów, oczy zaczęły jej się rozszerzać.

              Kioto Yokohata, również jeden z czwórki kosmicznych debiutantów, pilot małej rakiety rozpoznawczej, przypuszczał, że już w ciągu paru tygodni uda im się wyśledzić rój meteorytów. Jego spojrzenie wyrażało chęć czynu. Widać było po nim, że najchętniej wyruszyłby natychmiast na spotkanie kosmicznej przygody.

              – Zapewne już w najbliższych dniach będziemy mogli zarejestrować pierwszą zdobycz myśliwską – powiedziała Sagitta. Brat spojrzał na nią, W kącikach oczu dostrzegł błysk humoru. Zrozumiał natychmiast i dodał:

              – Może już za minutę radar odkryje taki odłamek kosmiczny? – Ten optymizm rozweselił wszystkich. Rozległ się wybuch śmiechu.

              Tylko Filitra Goma wstrząsnęła się na myśl o ewentualnym zderzeniu statku z błądzącym we Wszechświecie odłamkiem skalnym. By się uspokoić, zapytała Paro Bacosa, co on sądzi o możliwości spotkania z asteroidem lub meteorytem. Paro Bacos, który miał rodzinę w południowoeuropejskim kręgu kulturowym, na Półwyspie Bałkańskim; należał do starych rutyniarzy. Już trzeci raz uczestniczył w polowaniu na meteoryty. Od czasu gdy przed ośmiu laty jego najlepszy przyjaciel, wraz z całą załogą rakiety badawczej, zginął wskutek zderzenia z takim podstępnym pociskiem Wszechświata, oddał się całkowicie do dyspozycji Służby Bezpieczeństwa Kosmicznego.

              Doświadczony i roztropny kosmonauta zrozumiał obawy, dziewczyny. Postanowił odpowiedzieć jej zgodnie z prawdą, ale tak, by jednocześnie uspokoić Filitrę i nie rozczarować żądnego czynu Kioto.

              – Nie będziemy się nudzili – powiedział – ostatecznie wokół Słońca cyrkuluje wiele milionów mniejszych i większych odłamków skalnych. Niemal wszystkie przebywają na tej części trasy, która jest najbardziej oddalona od Słońca, na terenie między planetami Marsem i Jupiterem. Poza tym istnieje co najmniej o trzydzieści tysięcy asteroidów, z których dotychczas „tylko około ośmiu tysięcy udało się odnaleźć i zaopatrzyć w stosy ostrzegawcze. Nasz łańcuch rakiet bada teraz przestrzeń kosmiczną między Marsem a Jupiterem na szerokości około czterdziestu milionów kilometrów. Wynikało to jasno z radiotelegramu z ŁA-401.

              Odstępy dwu milionów kilometrów między poszczególnymi rakietami obmacywane są stale przez urządzenia radarowe. W ten sposób chyba nie będzie ani dnia, by nie odkryto przynajmniej jednego meteorytu i nie unieszkodliwiono go, niejako mimochodem, bez najmniejszego niebezpieczeństwa dla nas. Najwięcej meteorytów można napotkać na płaszczyźnie ekliptyki, płaszczyźnie toru ziemskiego. Dlatego też flotylle łowców asteroidów poruszają się przeważnie po płaszczyki nie ekliptyki.

              Paro Bacos wstał z poręczy fotela, na której siedział dotychczas, pokazując gestem rąk, jak łańcuch rakiet? postępuje przy poszukiwaniach.

              – Jak uczy doświadczenie, raz na miesiąc lub raz na dwa miesiące udaje się znaleźć nawet cały rój meteorytów. W takich wypadkach łańcuch się zagęszcza. – Paro Bacos opuścił ramiona, zbliżając dłonie, jakby chciał klasnąć. – Wtedy bywają piękne śródgwiezdne fajerwerki: łowcy asteroidów lecąc w odległości tylko kilku tysięcy kilometrów jeden od drugiej go, rozpoczynają gonitwę za rojem meteorytów, a następnie strzelaninę z miotaczy promieni – powiedział mlaskając z zadowolenia. Przez ten gęsty łańcuch posterunków nie zdoła się przebić żaden meteoryt. Statki kosmiczne chronią się nawzajem przed odłamkami. Potrafią zapewnić sobie nawzajem wystarczające zabezpieczenie.

              W statku zabrzmiały trzy głośne uderzenia gongu, przerywając wywody Bacosa. Gong wzywał tę część załogi, na którą przypadała służba tak zwanego pogotowia. Pośpieszyli do centrali dowodzenia i tam wśliznęli się w przygotowane już skafandry.

              Każdy z kosmonautów – obojętne: technik czy naukowiec – potrafił pełnić służbę przy każdym z czterech pulpitów kierowniczych. Choć w zasadzie pojazdem sterowały urządzenia automatyczne, to jednak człowiek musiał wydawać im polecenia i kontrolować ich działanie. W spokojniejszych okresach lotu inżynierowie byli zobowiązani asystować naukowcom przy ich pracach badawczych.

              Dla Paro Bacosa uderzenia gongu oznaczały polecenie udania się do oddzielnego pomieszczenia, do centrum regulacyjnego maszyn grawitacyjnych. Jednym z jego zadań było bowiem czuwanie nad całokształtem systemu grawitacyjnego. Na całej długości statku zainstalowane były urządzenia, które wytwarzały sztuczne pole grawitacyjne. W ten sposób we wszystkich pomieszczeniach rakiety działało przyspieszenie mniej więcej równe przyspieszeniu ziemskiemu. Dlatego też kosmonauci mogli się tu poruszać jak na Ziemi. Przy dłuższych podróżach kosmicznych miało to pierwszorzędne znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Dawniej, w przestarzałych już dziś typach rakiet, zastępowano tę siłę ciężkości siłą odśrodkową, każąc statkom kosmicznym wirować wokół ich osi podłużnej. Powodowało to jednak komplikację problemów astronautycznych. Lepsza metoda wytwarzania siły ciężkości – za pomocą pól grawitacyjnych – dawała jeszcze i tę korzyść, że sztuczne pole sił mogło działać wedle potrzeby bądź prostopadle, bądź też równolegle do osi podłużnej statku. Paro Bacosowi przypadało więc jedno z najbardziej odpowiedzialnych zadań. Dlatego też natychmiast po trzech uderzeniach gongu udał się na kontrolę systemu grawitacyjnego statku.

              Gdy wszystkie posterunki sterownicze, kontrolne i obserwacyjne zostały obsadzone w centrali sterowniczej, dowódca zaznajomił załogę z zadaniami związanymi z wykonaniem najbliższego manewru. Głośniki przekazywały jego słowa do wszystkich pomieszczeń statku.

              – Przede wszystkim wykonamy niewielką korek – turę naszego toru lotu. Nasza rakieta zboczyła o około dziesięć tysięcy kilometrów z przewidzianego kursu – powiedział Axel Kerulen. – Musimy dokonać korektury, by uzyskać znów pełną zgodność z płaszczyzną ekliptyki, po której porusza się nasza flotylla. Ten niewielki manewr potrwa niespełna cztery minuty. Zaraz potem musimy wprowadzić rakietę wielkim łukiem na krąg pięćset dwudziesty. Potrzeba nam na to dwudziestu minut i czterdziestu dwóch sekund. Po trzecie musimy dopasować naszą szybkość do szybkości flotylli, zmniejszając ją z czterdziestu pięciu do szesnastu kilometrów na sekundę. W końcowej fazie zmniejszania szybkości znajdziemy się w pobliżu ŁA-417. Wówczas nawiążemy z nimi kontakt i przygotujemy wszystko do ich zluzowania. W chwili obecnej ŁA-417 leci jeszcze w odległości około stu trzydziestu tysięcy kilometrów od nas.

              – Jak wielki będzie wzrost przyspieszenia i związany z tym przybór wagi naszego ciała? – informował się siedzący przed ekranami radarowymi elektroinżynier, Hindus Rai Raipur.

              – Przyspieszenie nie przekroczy 1,8 g – odpowiedział czarny matematyk Oulu Nikeria, siedzący jeszcze przed klawiaturą cyklonu matematycznego, z którego pomocą obliczył tor lotu rakiety celem wykonania manewru. – W każdym razie wybrana krzywa lotu jest dostatecznie wielka.

              – Znaczy to – uzupełnił dowódca – że waga naszych ciał nawet się nie podwoi.

              Oulu Nikeria zaczął kłaść na poszczególne pulpity karty kontrolne i pomiarowe. Wyjął je z formaksu, elektronicznego cyklonu matematycznego, który drukował je automatycznie po każdym obliczeniu toru lotu. Na kartach pomiarowych były duże kolumny liczb. Podawały z góry wartości, które należało o określonej godzinie odczytać ze skal aparatur na dowód, że manewr przebiega prawidłowo. Ewentualne odchylenia należało natychmiast korygować.

              Podczas gdy pozostali mężczyźni zagłęb...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin