Piotr Rozmus - Bestia(1).pdf

(2170 KB) Pobierz
Redakcja
Jacek Illg
Projekt okładki
Pracownia WV
Ilustracja na okładce
©
Floriana/iStock.com
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Damian Walasek
Opracowanie wersji elektronicznej
Grzegorz Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek
Wydanie I, Chorzów 2014
Wydawca
Wydawnictwa Videograf SA
41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C
tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25
office@videograf.pl, www.videograf.pl
Dystrybucja wersji drukowanej
DICTUM Sp. z o.o.
01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21
tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12
dystrybucja@dictum.pl, www.dictum.pl
Tekst © Piotr Rozmus
© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013
ISBN 978-83-7835-309-6
Prolog
Neustettin, rok 1941
Mercedes Benz typu G4 dzielnie pokonywał wszelkie nierówności.
Samochód posiadał aż trzy osie. Był wręcz stworzony do terenowych wojaży.
Martin Bormann siedział z tyłu, przyglądał się kierowcy, a uśmiech nie
znikał mu twarzy. Nie można było powiedzieć tego samego o Rudolfie
Hoessie, siedzącym po prawej stronie Bormanna, którego mina zdradzała
głębokie niezadowolenie.
– Nie podoba się panu przejażdżka, Lagerkommandant Hoess? – zapytał
uradowany Bormann, kiedy samochód podskoczył na kolejnym wyboju.
Czerpał przyjemność z widoku naburmuszonego Hoessa. Nigdy za sobą nie
przepadali. Tym większe było zdziwienie Bormanna, gdy dowiedział się, że
Führer nakazał mu właśnie w towarzystwie Hoessa przeprowadzić kontrolę
budowy sieci podziemnych tuneli pod Neustettin.
Hoess puścił to zaczepne pytanie mimo uszu. Był co prawda młodszy od
Bormanna. Miał czterdzieści cztery lata, a generał zdążył już przekroczyć
pięćdziesiątkę, nie zamierzał jednak dać mu się sprowokować. Skoro Hitler
nakazał im wspólnie przeprowadzić tę inspekcję, niech tak będzie, ale nie
chciał wdawać się w żadne niepotrzebne dyskusje z tym niewykształconym
impertynentem, za jakiego uważał Bormanna. Ich dialog powinien dotyczyć
jedynie spraw zawodowych.
Przez resztę drogi nie zamienili ani słowa. W pewnym momencie
Bormann wrzasnął do kierowcy:
– Gefreiter Braun! Proszę zatrzymać samochód. Jesteśmy na miejscu.
– Jawohl, Herr General!
Braun wysiadł z samochodu i pospiesznie otworzył drzwi po stronie
generała. Potem obiegł auto, aby otworzyć drzwi Hoessowi, ten jednak
zdążył już wysiąść.
Znajdowali się u stóp potężnego wzniesienia, u którego szczytu prężyła
się monumentalna wieża. Rosła dumnie ku niebu, ponad koronami drzew.
Na prawo ciągnęło się piękne, wielkie jezioro. Otaczała ich zieleń lasu,
a z każdej strony do ich uszu docierał ptasi śpiew. Bormann rozłożył
ramiona, odchylił lekko głowę i ostentacyjnie wciągnął do płuc haust
świeżego powietrza. Spojrzał na Hoessa.
– Oto ona, Lagerkommandant. Wieża Bismarcka. Wzniesiona na jego
cześć w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku.
Hoess omiótł budowlę swym ponurym spojrzeniem, od nasady aż po
szczyt. Wieża wyglądała jak ogromny, ścięty ostrosłup zwieńczony u góry
szerokim tarasem. W jej środkowej części, jedno pod drugim,
wkomponowane były trzy niezwykle wąskie okna.
– W całości zrobiona jest z granitowych głazów – kontynuował Bormann.
– Uwierzyłby pan? Zbudowanie takiego kolosa to nie lada wyczyn. I to
wszystko na cześć naszego pierwszego kanclerza.
Generał ruszył pewnie w stronę wzniesienia z rękoma splecionymi za
plecami. Długi zielony płaszcz tańczył na wietrze. Hoess podążył za
Bormannem. Starszy szeregowy Braun starał się dotrzymać im kroku.
U wejścia do wieży stało dwóch niemieckich żołnierzy. Widok
zbliżającego się generała wyraźnie ich zaskoczył. Przez krótką chwilę
sprawiali wrażenie skonsternowanych, nie bardzo wiedzących, jak powinni
się zachować.
Bormanna bardzo zastanowiło ich zachowanie. Każdy niemiecki żołnierz
na widok generała natychmiast okazywał swoje posłuszeństwo i respekt, jak
dobrze wyszkolony pies na widok pana. Ci tutaj wyglądali, jakby rozważali
możliwość ucieczki.
Po chwili jednak wartownicy stanęli na baczność, uderzyli podeszwami
butów o utwardzoną powierzchnię i zasalutowali. Wyraz twarzy Bormanna
natychmiast złagodniał. Pospiesznie oddał salut.
– Spocznij, żołnierzu! – rzucił od niechcenia i pchnął lekko uchylone
masywne drzwi wieży. Weszli do środka. Od razu uderzył w nich panujący
tam chłód oraz charakterystyczny zapach stęchlizny i wilgoci. Wiszące na
ścianach lampy próbowały, z mizernym skutkiem, rozproszyć panujący
wewnątrz mrok. Dokładnie z samego środka posadzki wyrastały i pięły się ku
górze spiralne schody.
Bormann obszedł je, a jego towarzysze podążali za nim jak cienie. Nagle
przyklęknął i zaczął przesuwać dłonią po zakurzonej posadzce. Dłoń generała
zatrzymała się na żeliwnym uchwycie.
– Jest! – wrzasnął podekscytowany i szarpnął z całej siły. Usłyszeli
głośne skrzypnięcie i mrok zaczął powoli ustępować miejsca blademu
światłu. Bormann odrzucił ciężki, żeliwny właz, który z łoskotem opadł na
posadzkę, wzbijając w powietrze tumany kurzu.
Ich oczom ukazały się kolejne kręte schody. Tym razem wiodły w dół.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin