Lap6.doc

(75 KB) Pobierz
Samotnoć a osamotnienie. Istotna, zasadnicza różnica
między tymi dwoma stanami (sytuacjami) człowieka.
Samotnoć może być stanem pożšdanym, sprzyjajšcym
koncentracji, tworzeniu, badaniu samego siebie, wchodze-
niu w głšb własnego ja. Inaczej z osamotnieniem. Odczuwa-
my je jako udrękę, jako ból nawet, jako poniżenie i odtršce-
nie. Samotnoć wybieramy, dšżymy do niej, szukamy jej,
natomiast osamotnienie to stan przymusowy (nawet jeli
jest przez nas samych zawiniony), który nas zadręcza, roz-
gorycza, frustruje i niszczy.
A.B.:
' - Nigdy nie jestem samotny, kiedy jestem sam. Prawdzi-
wš samotnoć odczuwam dopiero będšc wród ludzi. Sa-
motnoć to niemożnoć dotarcia do innych, zespolenia się
z nimi.
Życie każdego z nas wspiera się na obecnoci innych.
Tylko bowiem życie współprzeżywane daje nam poczucie
jego istotnoci. Inni to żywe, ruchome lustra, które pozwa-
lajš nam dostrzec, że istniejemy. Przez to, że sš, dynamizu-
jš naszš obecnoć w wiecie, zawiadczajš jš. Bez nich po-
ruszalibymy się w pustce, w której nasz byt byłby nierze-
czywisty, kwestionowalny dla nas samych.
6 kwietnia 1992
Społeczeństwa łatwiej organizujš się przeciw mierci
gwałtownej i nagłej niż przeciw powolnej, słabo widocznej.
Jest to może sprawa wyobrani, ale także i tego, że mierć
nagła, często ociekajšca krwiš, jest czym przeciwnym po-
rzšdkowi natury, że więc łatwiej możemy jej przeciwdzia-
łać, zapanować nad niš.
To, co niedefiniowalne, jest może najważniejsze.
Amerykański psycholog Edward Thorndike (1874-1949)
sformułował jedno z elementarnych praw uczenia się: suk-
ces wzmacnia okrelonš formę zachowania się. To samo
B.F. Skinner: sukces zwiększa tendencję do powtórzenia
okrelonego zachowania.
Jeżeli zyskujemy pewnoć, a jest to pewnoć bez Boga,
możemy być zdolni do zbrodni.
Za prawdę zwykle uważamy tę, o której prawdziwoci
jestemy przekonani, a nie tę, która jest najbliższa rzeczy-
wistoci.
Nas, urodzonych około roku 1930 na głębokiej i ubogiej
prowincji polskiej, na wsi lub w małych miasteczkach, w ro-
dzinach chłopów lub szaraczkowej inteligencji, cechował
w okresie tuż powojennym przede wszystkim bardzo niski
poziom wiedzy, zupełny brak oczytania, znajomoci litera-
tury, histor i wiata, zupełny brak kindersztuby (moje
żałonie mizerne lektury w owych latach: wydana w 1913
roku Historia żółtej ciżemki Antoniny Domańskiej czy
Wspomnienia niebieskiego mundurka Wiktora Gomulickie-
go, wydane jeszcze w 1906 roku). Przecież wczeniej (lata
okupacji) albo nie wolno nam było czytać, albo zwyczajnie
- nie było co czytać.
W naszej klasie (było to gimnazjum im. Staszica) mieli-
my jeden stary, podarty egzemplarz jakiego przedwojen-
nego podręcznika histor. Lekcja polegała na tym, że pro-
fesor Markowski na poczštku lekcji kazał czytać naszemu
koledze, niejakiemu Kubiakowi, fragment ksišżki, a potem
odbywało się odpytywanie. Chodziło o to, żeby własnymi
słowami opowiedzieć to, co przed chwilš zostało przeczyta-
ne. Pierwszym, który na poczštku roku szkolnego został
wyrwany do tablicy, był Ciecierski, zwany przez nas "Pajš-
kiem", bo był rudy, chudy i kosmaty. Ojciec Ciecierskiego
grał w orkiestrze na tršbce, wracał póno do domu i nasz
kolega był z tego powodu wiecznie niewyspany. Markow-
ski przyłapał go na drzemce w czasie lekcji. Ciecierski nie
umiał powtórzyć tego, co przeczytał Kubiak; i dostał dwóję.
W czasie następnej lekcji, kiedy przyszedł moment odpy-
tywania, Markowski powiedział: "No, teraz będzie można
sobie poprawić stopień", i zajrzał do dziennika. Tkwiła tam
jedna dwójka, przy nazwisku Ciecierski. "No to Ciecierski,
proszę" - powiedział Markowski. Zaspany Ciecierski sta-
nšł w ławce i tkwił tak bezmylnie, nie odezwawszy się sło-
wem. Odczekawszy dłuższš chwilę, Markowski mówił stra-
pionym głosem: "No, to niestety następna dwójka". Cie-
cierski siadał, rozlegał się dzwonek, zaczynała się przerwa.
Rytuał ten powtarzał się przez cały rok. Ciecierski miał
kilkadziesišt dwój, my - ani jednego stopnia. Potem, na
uniwersytecie, było oczywicie lepiej, choć też nie zawsze.
Pamiętam, że do poczštków histor nowożytnej mielimy
jeden egzemplarz podręcznika - po rosyjsku. Jeden egzem-
plarz, a nas było na roku dwustu studentów!
Tak, bylimy nadal ofiarami wielkiej wojny, mimo że jej
złowrogie odgłosy ucichły dawno, a okopy zarosła trawa.
Bo też ograniczanie pojęcia "ofiara wojny" do zabitych
i rannych nie wyczerpuje rzeczywistej listy strat, jakie po-
nosi społeczeństwo. Bo ileż jest zniszczeń w kulturze, jak
zdewastowana jest nasza wiadomoć, jak zubożone i zmar-
niałe nasze życie intelektualne! I to na szereg pokoleń, na
długie lata.
jesień 1989
8.30 rano, wylot do Brukseli. Ciepło, słonecznie, niebo bez
jednej chmury. Lotnisko Okęcie. Czterej nasi lecš w wiat.
Młodzi, ale już otyli, z brzuchami, bardzo niedbale ubrani
(niechlujne, ortalionowe kurtki, zmięte, flanelowe koszule
w kratę, straszliwie brudne adidasy, wytarte spodnie dżin-
sowe - odnosi się wrażenie, że przeciętny Polak roku 1989
ma tylko jeden ubiór). Tuż po wejciu do poczekalni idš do
baru - każdy wypija setkę "krakusa". Pijš, siedzš, czasem
który co bšknie, ale najczęciej milczš. Nie majš sobie nic
do powiedzenia, być może w ogóle nie majš nic do powiedze-
nia - nikomu. Ich wspólnota kielicha rozpada się szybko.
Każdy z nich siedzi niemy, nieruchomy, odrętwiały. Co ro-
bić, co robić dalej? Wreszcie jeden z nich (na twarzy słaby
- ale jednak! - rys inteligencji) mruga do pozostałych. To
mrugnięcie rozumiejš natychmiast. Głuche, tępe napięcie,
jakie trwało w czasie oczekiwania na następnego, mija, zni-
ka i jakie - wreszcie! - wiatełka, błyski, migoty pojawia-
jš się w ich oczach, a ludzkie ciepło zaczyna wypełniać im
twarze. No! Nooo! Zrywajš się z głębokich, niskich foteli,
biegnš, brzuchy trzęsš im się, wołajš, pokrzykujš: "Kurwa!
kurwa!" - najwyraniej lepiej im, cieszš się, cieszš się, że
za chwilę odczujš wlewajšcš im się w gardło rozpalonš ulgę.
Warszawa 1990 przypomina mi Teheran roku 1979, więc
tuż po rewolucji. Tam też główne ulice miasta zalały tłumy
handlarzy. Tam też handlowali wszystkim (głównie - tan-
detš). I tam, i tu zrobiło się hałaliwie, kolorowo i plasti-
kowo.
Ciechocinek, 12 maja 1990
...Teoria dr Z: polskoć przetrwała dzięki zacofaniu na-
szego ludu. Zacofanie to okazało się materiš nieprzepusz-
czalnš, zaporš, której nie mogły pokonać obce, wynarada-
wiajšce wpływy. Ergo - polskoć to koncept konserwatyw-
ny. Nasza największa słaboć - nie potrafilimy znaleć
nowoczesnego wariantu polskoci. Wydatkowanie energ
na pielgrzymki, na spory o przeszłoć, na walkę z najbar-
dziej zacofanym systemem wiata - z sowityzmem.
Kundlizm Melchiora Wańkowicza. wietny i nadal aktual-
ny esej. Zdaniem Wańkowicza, Polak odnosi się niechętnie
do Polaka ("Polakom jest le ze sobš"), ich wzajemne sto-
sunki cechuje "bezinteresowna zawić": "czemu stukajšcy
młotkiem w zelówkę szewc wykrzywi się z lekceważeniem,
z obrazš osobistš niemal i poczuciem krzywdy, kiedy się
dowie, że kanonik został prałatem, chociaż ten szewc nigdy
na prałata nie celował? Skšd ta bezinteresowna zawić u te-
go szewca?" Jeżeli Polak osišgnie sukces, jego rodacy "na-
tychmiast cigajš to powodzenie zajadle, jakby osobicie
byli nim obrażeni".
Ale gdyby przeledzić losy tych, którzy powięcili się
opluwaniu, zwróci uwagę pewna prawidłowoć, a mianowi-
cie - opluwacze nie zdobywajš znaczšcego miejsca w kul-
turze, ich nazwiska gdzie szybko znikajš. Kto więc wstę-
puje na drogę opluwania innych - skazuje się na samoza-
gładę. Postać bluzgajšca budzi bowiem odruchowš niechęć.
Ludzie odsuwajš się od takich, wolš trzymać się od nich
z daleka.
Język polski był w XIX wieku językiem przeladowa-
nym. W zaborach pruskim i rosyjskim przez lata całe istniał
zakaz nauczania, a nawet mówienia - w miejscach publicz-
nych - po polsku. Mimo represji język nasz przetrwał, ale
nie miał warunków, aby się rozwinšć. W kraju przechował
się on jako język ludowy, chłopski - poza jego obrębem
pozostało całe bogactwo leksykalne, które towarzyszyło
ówczesnym postępom w naukach humanistycznych i tech-
nicznych. Na domiar, największe dzieła naszej literatury
(utwory Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskie-
go) powstały na emigracji, a więc w oderwaniu od żywej
gleby języka, którym mówiło społeczeństwo. To wyjania
trudnoci, z jakimi musieli zmierzyć się nasi pisarze w XX
wieku, zwłaszcza pisarze filozofujšcy (Brzozowski, Irzy-
kowski, St. I. Witkiewicz, Zdziechowski), bo język polski
zakorzeniony w tradycji ludowo-romantycznej wietnie na-
dawał się do opisów przyrody i "stanów ducha", natomiast
był ubogi, gdy szło o dyskurs filozoficzny, o analizy i defi-
nicje naukowe.
W latach trzydziestych ukazała się u nas ksišżka St. I.
Witkiewicza Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie
istnienia. Ksišżkę wydała Kasa im. Mianowskiego w nakła-
dzie 650 egzemplarzy. Sprzedano: 12 egzemplarzy.
To a propos naszej tradycji afilozoficznej, zdominowa-
nej przez romantyzm, przez uczucie i emocje, przez senty-
mentalizm, intelektualnš łatwoć, powierzchownoć.
Rosyjski spór między słowianofilami a zapadnikami ma
swój odpowiednik w polskich, przeciwstawnych postawach.
Chodzi - jak w Rosji - o stosunek do Europy. Jedni sš
proeuropejscy, drudzy - anty. W wypadku polskim anty-
europejskoć bierze się z kompleksu niższoci: ponieważ je-
stemy zapónieni w rozwoju, będziemy tam obywatelami
drugiej kategor. Po co nam to? Tu, u siebie, za miedzš, je-
stemy panami sytuacji. Szlachcic na zagrodzie równy woje-
wodzie! A co to, pytajš, bez Europy żyć nie można? Jest to
nie tylko skrywany lęk, ale i niechęć podjęcia wysiłku, ja-
kiego potrzeba, aby zachodniej Europ...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin