Pod flaga A5.doc

(1456 KB) Pobierz
Pod piracką flagą




Michael Crichton

Pod piracką flagą

 

Z angielskiego przełożyła Danuta Górska

Tytuł oryginału: Pirate Latitudes

Wydanie oryginalne 2009

Wydanie polskie 2010

 

Klasyczna powieść przygodowa pióra jednego z najpopularniejszych pisarzy świata, autora niezapomnianego Parku Jurajskiego. Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o piratach, zdradzie, zemście i skarbie z hiszpańskiego galeonu. Adaptowana na duży ekran przez Stevena Spielberga.

Jamajka w 1665 roku, samotny przyczółek brytyjskiej potęgi pośród hiszpańskich włości na spalonych słońcem Karaibach. Jej stolica, Port Royal, to miasto awanturników, piratów, nierządnic, zesłańców i handlarzy, trafnie nazwane „rejonem nie-obciążonym nadmiarem moralności”. Stąd właśnie znany korsarz, kapitan Charles Hunter, planuje za cichym przyzwoleniem królewskiego gubernatora sir Jamesa Almonta, przypuścić atak na hiszpańską twierdzę. Celem jest Matanceros, gdzie rządzi krwiożerczy Cazalla, forteca uważana za nie do zdobycia, chroniona przez strome skały, potężne działa i trzystuosobowy garnizon żołnierzy. Hunter oraz jego załoga, w której skład wchodzą francuski skrytobójca Sansón, wielki jak szafa niemy Maur Bassa i bystrooka, nosząca się jak mężczyzna Lazue, mają za przeciwników nie tylko hiszpańską flotę. Na ich drodze staną huragany, morskie potwory, gęsta dżungla - i na koniec zdrada z najmniej spodziewanej strony. Ale gra warta jest świeczki - jeśli im się uda, zapiszą się na kartach historii i zdobędą fortunę.

 


Spis treści:

Część I. Port Royal.              4

Część II. Czarny okręt.              98

Część III. Matanceros.              133

Część IV. Zatoka Małp.              198

Część V. Paszcza Smoka.              257

Część VI. Port Royal.              276

Epilog.              334


Część I. Port Royal.

Rozdział 1.

Sir James Almont, gubernator Jamajki mianowany przez Jego Wysokość Karola II, zazwyczaj wcześnie wstawał. Po części stanowiło to nawyk podstarzałego wdowca, po części skutek bezsenności wywołanej przez bolesną podagrę, a po części ustępstwo na rzecz klimatu kolonii, gdzie wkrótce po wschodzie słońca robiło się gorąco i wilgotno.

Ranek 7 września 1665 roku nie różnił się od innych. Sir James zbudził się w swoich komnatach na drugim piętrze rezydencji gubernatorskiej i od razu podszedł do okna, żeby sprawdzić, jaka będzie pogoda tego dnia. Pałac gubernatora był imponującą ceglaną budowlą z dachem krytym czerwonymi dachówkami. Był również jedynym dwupiętrowym budynkiem w Port Royal i gubernator miał stąd doskonały widok na całe miasto. Na ulicach w dole widział latarników, którzy z końcem nocy wykonywali obchód, gasząc uliczne latarnie. Na Ridge Street poranny patrol garnizonowych żołnierzy zbierał walających się w błocie pijaków i trupy. Tuż pod oknem przejechał z łoskotem pierwszy woziwoda w płaskim, ciągniętym przez konie wozie wypełnionym beczkami świeżej wody z odległej o kilka mil Rio Cobra. Poza tym w Port Royal panowała cisza, krótki okres spokoju pomiędzy chwilą, kiedy ostatni z wrzaskliwych nocnych pijaków padł nieprzytomny, a początkiem porannej handlowej krzątaniny w dokach.

Gubernator przeniósł wzrok z wąskich, ciasnych uliczek miasta na zatokę i ujrzał las rozkołysanych masztów, setki statków różnej wielkości przycumowanych do nabrzeża i wciągniętych do doków. Dalej, na morzu, zobaczył angielski bryg handlowy zakotwiczony na zatoce za ławicą koralową, w pobliżu rafy Rackhama. Niewątpliwie statek przypłynął w nocy i kapitan przezornie wolał zaczekać na świt, zanim przybił do przystani w Port Royal. Na oczach gubernatora w blasku wstającego dnia rozwinięto marsie, a od brzegu w pobliżu Fort Charles odbiły dwie szalupy, żeby pomóc w holowaniu statku handlowego do portu.

Gubernator Almont, znany wśród miejscowych jako „James Dziesiąty”, ponieważ skrupulatnie odprowadzał jedną dziesiątą zysków z wypraw korsarskich do swojej szkatuły, odwrócił się od okna i pokuśtykał na obolałej nodze przez pokój, żeby dokonać toalety.

Natychmiast zapomniał o statku handlowym, ponieważ tego szczególnego ranka miał do spełnienia przykry obowiązek asystowania przy egzekucji.

W poprzednim tygodniu żołnierze ujęli pewnego francuskiego bandytę nazwiskiem LeClerc, oskarżonego o dokonanie pirackiego napadu na osadę Ocho Rios, na północnym brzegu wyspy.

Na podstawie zeznań kilku świadków, którzy przeżyli napad, LeClerc został skazany na śmierć na publicznej szubienicy na High Street. Gubernator Almont nie interesował się szczególnie ani Francuzem, ani jego losem, musiał jednak uczestniczyć w egzekucji jako przedstawiciel władz. Zapowiadał się nużący, oficjalny poranek.

Do pokoju wszedł Richards, służący gubernatora.

- Dzień dobry, wasza ekscelencjo. Oto pańskie bordo.

Podał kieliszek gubernatorowi, który natychmiast opróżnił go jednym haustem. Richards rozstawił przybory toaletowe: misę ze świeżą wodą różaną, następną wypełnioną roztartymi jagodami mirtu i trzecią małą miseczkę proszku do zębów, obok której położył ściereczkę. Gubernator Almont rozpoczął ablucje przy akompaniamencie syczenia perfumowanych miechów, za pomocą których Richards co rano odświeżał powietrze w pokoju.

- Ciepły dzień jak na wieszanie - skomentował służący.

Sir James chrząknął twierdząco, nakładając na rzedniejące włosy pastę z jagód mirtu. Miał pięćdziesiąt jeden lat i łysiał od dekady. Nie był specjalnie próżnym człowiekiem - zresztą i tak zwykle nosił kapelusze - więc łysina tak bardzo go nie przerażała. Niemniej stosował różne środki, żeby zahamować wypadanie włosów. Już od kilku lat upodobał sobie jagody mirtu, tradycyjne lekarstwo zalecane przez Pliniusza. Używał również maści z oliwy, popiołu i dżdżownic, żeby zapobiegać siwiźnie. Ale ta mikstura tak cuchnęła, że sięgał po nią rzadziej, niż powinien.

Gubernator spłukał włosy wodą różaną, wytarł głowę ręcznikiem i przejrzał się w lustrze.

Jako najwyższy rangą urzędnik w kolonii Jamajka cieszył się przywilejem posiadania najlepszego lustra na wyspie. Miało prawie stopę kwadratową powierzchni i doskonałą jakość, bez żadnych skaz czy nierówności. Przysłano je przed rokiem z Londynu dla jakiegoś kupca w mieście i Almont skonfiskował je pod jakimś pretekstem. Nie był ponad takie rzeczy i w istocie czuł, że swoim aroganckim postępowaniem wzbudził wręcz szacunek społeczności. Jak ostrzegał go w Londynie poprzedni gubernator, sir William Lytton, Jamajka była „rejonem nieobciążonym nadmiarem moralności”. Sir James często przywoływał ten zwrot w następnych latach - niedopowiedzenie sformułowane tak trafnie. Sam sir James nie miał daru wymowy: był szczery aż do przesady i obdarzony cholerycznym temperamentem, za który obwiniał podagrę.

Patrząc teraz na siebie w lustrze, zauważył, że musi udać się do balwierza i przystrzyc brodę.

Sir James nie był przystojnym mężczyzną, dlatego nosił długą brodę, żeby zamaskować swoją „szczurzo-ptasią” fizjonomię.

Chrząknął do swojego odbicia i przeniósł uwagę na zęby. Zanurzył zwilżony palec w paście ze sproszkowanej głowy królika, skórki granatu i kwiecia brzoskwini. Energicznie tarł zęby palcem, nucąc pod nosem.

Przy oknie Richards wyjrzał na nadpływający statek.

- Podobno ten statek handlowy to Godspeed, panie.

- Ach tak? - Sir James wypłukał usta wodą różaną, wypluł ją i wytarł zęby ściereczką.

Była to elegancka ściereczka do zębów z Holandii, czerwony jedwab obrębiony koronką.

Miał cztery takie ściereczki, kolejna drobna korzyść z jego pozycji w kolonii. Ale jedną już zmarnowała bezmyślna służąca, która wyprała ją na tubylczy sposób, tłukąc kamieniami i niszcząc delikatną tkaninę. Służba była tu fatalna. Sir William o tym również wspominał.

Richards stanowił wyjątek. Richards to był skarb, nie służący, Szkot, ale czysty, lojalny i stosunkowo godny zaufania. Ponadto skrupulatnie przekazywał miejskie plotki i relacje o wydarzeniach, które w przeciwnym razie mogłyby nigdy nie trafić do ucha gubernatora.

- Godspeed, powiadasz?

- Tak jest, wasza ekscelencjo - potwierdził Richards, wykładając na łóżku garderobę sir Jamesa na ten dzień.

- Czy mój nowy sekretarz jest na pokładzie?

Według depeszy z zeszłego miesiąca Godspeed miał przywieźć nowego sekretarza gubernatora, niejakiego Roberta Hackletta. Sir James nigdy nie słyszał o tym człowieku i nie mógł się doczekać, żeby go poznać. Musiał sobie radzić bez sekretarza przez osiem miesięcy, odkąd Lewis zmarł na dyzen-terię.

- Przypuszczam, że tak - odpowiedział Richards.

Sir James nałożył makijaż. Najpierw rozprowadził podkład - biel ołowianą z octem - żeby uzyskać modną bladość twarzy i szyi. Potem pomalował usta i policzki czerwonym barwnikiem z morszczynu i ochry.

- Czy zażądasz odłożenia egzekucji, panie? - zapytał Richards, podając gubernatorowi leczniczy olej.

- Nie, raczej nie.

Almont skrzywił się, przełykając pełną łyżkę. To był olej z rudego psa, sporządzony przez Milanera w Londynie i znany jako skuteczny lek na podagrę. Sir James zażywał go sumiennie co rano.

Potem się ubrał. Richards słusznie wyłożył najlepszy oficjalny strój gubernatora. Najpierw sir James przywdział cienką białą tunikę, potem bladobłękitne pończochy. Następnie zielony aksamitny dublet, sztywno pikowany i niemiłosiernie grzejący, ale konieczny przy wypełnianiu oficjalnych obowiązków. Najlepszy kapelusz z piórami dopełnił stroju.

Wszystko to zajęło niemal godzinę. Przez otwarte okna gubernator słyszał wczesną poranną krzątaninę i krzyki budzącego się miasta.

Cofnął się o krok, żeby Richards mógł go ocenić. Służący poprawił krezę przy szyi i kiwnął głową z satysfakcją.

- Komandor porucznik Scott czeka z powozem, wasza ekscelencjo - oznajmił.

- Bardzo dobrze - pochwalił sir James.

Następnie powoli, czując przy każdym kroku ukłucia bólu w lewym dużym palcu u nogi i zaczynając już się pocić w grubym, ozdobnym dublecie, z kosmetykami spływającymi po bokach twarzy i uszach, gubernator Jamajki zszedł po schodach swojej rezydencji do powozu.


Rozdział 2.

Dla chorego na podagrę nawet krótka jazda powozem po ulicach brukowanych kocimi łbami stanowiła męczarnię. Choćby z tego powodu sir James nie cierpiał rytuału asystowania przy każdej egzekucji. Nie lubił tych wypraw również dlatego, że wymagały zapuszczania się do serca jego dominium, a on znacznie bardziej wolał widok z góry, ze swojego okna.

W 1665 roku Port Royal przeżywał okres rozkwitu. Przez dziesięć lat, odkąd ekspedycja Cromwella odebrała Hiszpanii Jamajkę, Port Royal zmienił się z ponurej, bezludnej, nawiedzanej przez choroby piaszczystej łachy w ponure, przeludnione, terroryzowane przez nożowników ośmiotysięczne miasto.

Port Royal był niezaprzeczalnie bogatym miastem - niektórzy mówili, że najbogatszym na świecie - ale to nie dodawało mu uroku. Tylko nieliczne ulice wybrukowano kocimi łbami, sprowadzonymi z Anglii jako balast na statkach. Pozostałe przypominały raczej błotniste wiejskie drogi, wąskie i zryte koleinami, cuchnące odpadkami i końskim łajnem, rojące się od much i moskitów. Ciasno stłoczone budynki wzniesiono z drewna lub cegły, prymitywne konstrukcje o ordynarnym przeznaczeniu: niekończące się szeregi szynków, karczm, domów gry i rozpusty. Te instytucje obsługiwały setki marynarzy i innych przybyszy, którzy w każdej chwili mogli zejść na brzeg. Znajdowało się tam również kilka legalnych domów handlowych oraz kościół na północnym krańcu miasta, „niecieszący się frekwencją”, jak to zgrabnie ujął sir William Lytton.

Oczywiście sir James i jego domownicy uczęszczali na mszę co niedziela razem z kilkoma innymi pobożnymi członkami społeczności. Lecz nierzadko jakiś pijany marynarz przerywał kazanie wywrzaskiwanymi bluźnierstwami i przekleństwami, a raz nawet padły strzały. Sir James kazał zamknąć tego człowieka w więzieniu na dwa tygodnie, musiał jednak zachować ostrożność przy wymierzaniu kar. Autorytet gubernatora Jamajki był - znowu słowami sir Williama - „cienki jak kartka pergaminu i równie kruchy”.

Sir James spędził wieczór z sir Williamem, kiedy otrzymał od króla to stanowisko. Sir William wyjaśnił nowemu gubernatorowi zasady funkcjonowania kolonii. Sir James słuchał i zdawało mu się, że zrozumiał, ale nikt nie zrozumie naprawdę życia w Nowym Świecie, dopóki nie doświadczy go na własnej skórze.

Teraz, jadąc powozem przez śmierdzące ulice Port Royal, wyglądając przez okno i skinieniem głowy odpowiadając na ukłony pospólstwa, gubernator dziwił się, ile rzeczy zaczął akceptować jako całkowicie naturalne i zwyczajne. Zaakceptował upał, muchy i ohydny smród; zaakceptował złodziejstwo i korupcję; zaakceptował grubiańskie maniery pijanych korsarzy. Przystosował się na tysiąc sposobów, między innymi nauczył się spać wśród wrzasków i huku wystrzałów, które rozlegały się w porcie każdej nocy.

Lecz nadal pozostawały powody do irytacji, a jeden z najbardziej drażniących siedział naprzeciwko gubernatora w powozie. Komandor porucznik Scott, dowódca garnizonu w Fort Charles i samozwańczy strażnik dworskich dobrych manier, strzepnął niewidzialny pyłek kurzu z munduru i powiedział:

- Ufam, iż wasza ekscelencja przyjemnie spędził wieczór i jest teraz w doskonałym nastroju na poranne ćwiczenia.

- Spałem całkiem dobrze - rzucił opryskliwie sir James. Po raz setny pomyślał sobie, o ile bardziej niebezpiecznie żyje się na Jamajce, kiedy komendant garnizonu jest dandysem i głupcem, a nie poważnym wojskowym.

- Zostałem poinformowany - kontynuował Scott, przykładając do nosa perfumowaną chusteczkę i lekko wciągając powietrze - że więzień LeClerc jest całkowicie gotowy i wszystko zostało przygotowane do egzekucji.

- Doskonale - burknął sir James, spoglądając na Scotta pochmurnie.

- Doszło również do mojej wiadomości, że statek handlowy Godspeed właśnie teraz przybija do przystani i że wśród pasażerów jest pan Hacklett, który ma zostać nowym sekretarzem waszej ekscelencji.

- Miejmy nadzieję, że nie okaże się takim głupcem jak jego poprzednik - odparł sir James.

- Istotnie. W rzeczy samej - bąknął komandor Scott, a potem na szczęście zamilkł.

Powóz wjechał na High Street Square, gdzie zgromadził się wielki tłum, żeby oglądać egzekucję. Kiedy sir James i komandor porucznik Scott wysiedli z powozu, rozległy się skąpe wiwaty.

Sir James krótko skinął głową; Scott ukłonił się nisko.

- Dostrzegam pokaźne zgromadzenie - zauważył dowódca garnizonu. - Zawsze podnosi mnie na duchu obecność tylu dzieci, szczególnie małych chłopców. Wyniosą z tego należytą lekcję, nie sądzisz, panie?

- Uhm - mruknął sir James.

Wysunął się na czoło tłumu i stanął w cieniu szubienicy, która była potrzebna tak często, że zbudowano ją na stałe na High Street: poprzeczna belka z podporą i mocną pętlą wiszącą siedem stóp nad ziemią.

- Gdzie jest więzień? - zapytał sir James z irytacją.

Więźnia nigdzie nie było widać. Gubernator czekał z wyraźnym zniecierpliwieniem, splatając i rozplatając dłonie za plecami. Potem usłyszał niski warkot bębnów, który zapowiadał przybycie wozu skazańca. Po chwili rozległy się krzyki i śmiechy, tłum się rozstąpił i ukazał się wóz.

LeClerc stał wyprostowany, z rękami związanymi za plecami. Miał na sobie szarą zgrzebną tunikę, obsypaną odpadkami, które ciskał szydzący tłum. Trzymał jednak głowę wysoko.

Komandor Scott pochylił się do gubernatora.

- On sprawia całkiem dobre wrażenie, ekscelencjo.

Sir James chrząknął.

- Mam zaiste wysokie mniemanie o mężczyźnie, który umiera z finezją.

Sir James nie odpowiedział. Wózek podtoczył się do szubienicy i zawrócił tak, że więzień znalazł się przodem do tłumu. Kat, Henry Edmonds, podszedł do gubernatora i pokłonił się nisko.

- Dzień dobry, wasza ekscelencjo, witam, komandorze Scott. Mam zaszczyt przedstawić więźnia, Francuza LeClerca, ostatnio skazanego przez Audencia...

- Bierz się do roboty, Henry - przerwał mu sir James.

- Ależ oczywiście, wasza ekscelencjo.

Wyraźnie dotknięty, kat skłonił się ponownie i wrócił do wozu. Przystąpił do więźnia i nałożył mu pętlę na szyję. Potem przeszedł na przód wozu i stanął obok muła. Nastąpiła chwila ciszy, która trwała trochę za długo.

Wreszcie kat okręcił się na pięcie i warknął:

- Teddy, do diabła, rusz się!

Natychmiast młody chłopiec - syn kata - zaczął wybijać szybki werbel na bębnie. Kat znowu obrócił się przodem do tłumu. Uniósł bicz wysoko, po czym raz uderzył muła; wóz odtoczył się z terkotem, a więzień zawisł w powietrzu, kołysząc się i kopiąc nogami.

Sir James patrzył na szamotaninę skazańca. Słuchał syczącego charkotu, kiedy LeClerc się dusił, obserwował, jak jego twarz sinieje. Francuz kopał teraz bardzo gwałtownie, kołysząc się w przód i w tył ledwie stopę czy dwie nad błotnistą ziemią. Oczy wyłaziły mu z orbit.

Język sterczał z ust. Ciało zaczęło drgać, skręcając się w konwulsjach na końcu sznura.

- No dobrze - powiedział wreszcie sir James i skinął głową do tłumu.

Natychmiast wystąpiło kilku krzepkich jegomości, przyjaciół skazańca. Chwycili go za wierzgające nogi i uwiesili się na nim, próbując miłosiernie szybko złamać mu kark. Ale okazali się niezdarni, a pirat był silny i przewracał ich w błoto energicznymi kopniakami.

Przedśmiertne drgawki trwały jeszcze przez parę sekund, aż w końcu ciało nagle zwiotczało.

Mężczyźni odstąpili. Strużka moczu pociekła po spodniach LeClerca. Ciało obracało się bezwładnie na końcu sznura.

- Zaiste, dobrze powieszony - orzekł Scott z szerokim uśmiechem. Rzucił katu złotą monetę.

Sir James odwrócił się i wsiadł do powozu. Był wyjątkowo głodny. Żeby jeszcze bardziej zaostrzyć sobie apetyt, a także odpędzić niemiłe wonie miasta, zażył tabaki.

 

* * *

 

To komandor porucznik Scott zaproponował, żeby zatrzymali się w porcie i sprawdzili, czy nowy sekretarz już zszedł ze statku. Powóz podjechał do doków, jak najbliżej nabrzeża; woźnica wiedział, że gubernator woli nie chodzić dalej niż to konieczne. Stangret otworzył drzwi i sir James, krzywiąc się, wyszedł na cuchnące poranne powietrze.

Znalazł się twarzą w twarz z człowiekiem po trzydziestce, który, podobnie jak gubernator, również pocił się w grubym dublecie. Mężczyzna ukłonił się i powiedział:

- Wasza ekscelencjo.

- Z kim mam przyjemność mówić? - zapytał Almont z lekkim ukłonem. Nie mógł już kłaniać się nisko z powodu bólu w nodze, a zresztą i tak nie lubił tych ceremonii i formalności.

- Charles Morton, panie gubernatorze, kapitan statku handlowego Godspeed, ostatnio z Bristolu. - Podał swoje dokumenty.

Almont nawet nie spojrzał na papiery.

- Jaki ładunek pan przewozisz?

- Sukno z zachodniej Anglii, wasza ekscelencjo, szkło ze Stourbridge i towary żelazne. Wasza ekscelencja trzyma manifest pokładowy w ręku.

- Masz pan pasażerów? - Gubernator otworzył manifest i zorientował się, że zapomniał okularów; linijki spisu tworzyły rozmazaną plamę. Szybko, niecierpliwie przejrzał manifest i zamknął z powrotem.

- Przywiozłem pana Roberta Hackletta, nowego sekretarza waszej ekscelencji, i jego żonę - odparł Morton. - Mam ośmiu wolno urodzonych ludzi z gminu jako kupców dla kolonii. I wiozę trzydzieści siedem przestępczyń, wysłanych przez lorda Ambrittona z Londynu na żony dla kolonistów.

- Jak to łaskawie ze strony lorda Ambrittona - rzucił oschle Almont. Od czasu do czasu jakiś urzędnik w którymś z większych miast Anglii załatwiał wysłanie skazanych kobiet na Jamajkę - zwykły wybieg, żeby oszczędzić na kosztach ich utrzymania w więzieniu. Sir James nie miał złudzeń co do proweniencji tej ostatniej partii kobiet. - A gdzie jest pan Hacklett?

- Na pokładzie, zbiera bagaże razem z panią Hacklett, wasza ekscelencjo. - Kapitan Morton przestąpił z nogi na nogę. - Pani Hacklett bardzo źle zniosła podróż.

- Nie wątpię - mruknął Almont. Zirytowało go, że nowy sekretarz nie czekał na niego w doku. - Czy pan Hacklett przywiózł dla mnie jakieś wiadomości?

- Tak przypuszczam, panie gubernatorze - odpowiedział Morton.

- Bądź pan tak dobry i przekaż mu, żeby zgłosił się do mojej rezydencji w pierwszej dogodnej chwili.

- Przekażę, ekscelencjo.

- Zapewne czekasz pan na przybycie intendenta i pana Gowera, inspektora celnego, który sprawdzi manifest i będzie nadzorował wyładunek. Czy zgłaszasz pan dużo zgonów?

- Tylko dwa, wasza ekscelencjo, obaj zwykli marynarze. Jeden wypadł za burtę, a jeden zmarł na puchlinę wodną. Inaczej nigdy bym nie wpłynął do portu.

Almont się zawahał.

- Jak to nie wpłynąłbyś pan do portu?

- To znaczy, gdyby ktoś zmarł na zarazę, wasza ekscelencjo.

Almont zmarszczył brwi w porannym upale.

- Zarazę?

- Wasza ekscelencja wie o zarazie, która ostatnio nawiedziła Londyn i niektóre dalsze miasta?

- Nic nie wiem - oświadczył Almont. - W Londynie wybuchła zaraza?

- Istotnie, ekscelencjo, już od kilku miesięcy zaraza szerzy chaos i śmierć. Podobno przywleczono ją z Amsterdamu.

Almont westchnął. To wyjaśniało, dlaczego przez ostatnie tygodnie nie przybyły żadne statki z Anglii i żadne wiadomości z dworu. Przypomniał sobie zarazę w Londynie sprzed dziesięciu laty. Miał nadzieję, że jego siostrze wystarczyło przytomności umysłu, by zabrać siostrzenicę i wyjechać do domu na wsi. Ale nie przejął się zbytnio....

Zgłoś jeśli naruszono regulamin