Kod Dakotów_William Dietrich (2009).pdf

(2090 KB) Pobierz
William Dietrich,
KOD DAKOTÓW
William Dietrich
Kod Dakotów
Tytuł oryginału:
The Dakota Cipher
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Wydawnictwo
Rebis, Warszawa 2009
strona
2
William Dietrich,
KOD DAKOTÓW
Dla mojego syna Sebastiana
strona
3
William Dietrich,
KOD DAKOTÓW
strona
4
William Dietrich,
KOD DAKOTÓW
ROZDZIAŁ 1
Podejrzewam, że nie do końca prawdziwe byłoby twierdzenie, iż to ja zmieniłem historię świata i
umocniłem potęgę Napoleona. Wprawdzie miałem swój udział w przekroczeniu Alp i oskrzydleniu
Austriaków, a później pomogłem odwrócić losy bitwy pod Marengo, ale szczerze mówiąc, moja rola była
nieco przypadkowa. No i co z tego? Wyolbrzymianie swojej roli umożliwia snucie historyjek w sam raz dla
kobiet, a mimo że ja sam, Ethan Gage, bywam wzorem szczerości, gdy odpowiada to moim celom, miewam
tendencję do przesadzania, na przykład kiedy gra idzie o wylądowanie z jakąś damą w łóżku.
Prawdą jest, że w odpowiedniej chwili w północnej Italii oddałem Napoleonowi przysługę, co
przywróciło mnie do jego łask. Mój wdzięk sprawił, że przyczyniłem się do sformułowania traktatu z
Mortefontaine, łobuzerska zaś reputacja otworzyła mi drzwi imponującego przepychem pałacyku, gdzie
świętowano zawarcie tego układu. Tam z kolei poznałem nową odmianę ruletki, udałem się na burzliwą
schadzkę z zamężną siostrą Napoleona i znalazłem jeszcze czas, żeby niemal dać się zabić przez fajerwerki.
Bywa, że opowiadając swoje historie kobietom, nieco je ubarwiam, ale nikt nie może mi zarzucić lenistwa.
Niestety, moje przechwałki przekonały na wpół szalonego Norwega, który namówił mnie do wzięcia
udziału w niepewnej i owianej tajemnicą wyprawie, jakiej żadną miarą nikt nie nazwałby łatwą i wygodną –
jeszcze jeden dowód na to, że próżność ściąga niebezpieczeństwa, skromność zaś popłaca. Lepiej jest trzymać
gębę na kłódkę i zostać podejrzanym o głupotę, niż się rozgadać i potwierdzić te przypuszczenia.
Ale cóż... uniesione w czarującej sukni piersi Pauliny Bonaparte były urocze niczym białe bliźniacze
poduszeczki, piwnica win jej brata zaś zmąciła mi łeb, a kiedy władczy ludzie nalegają, żebyś im opowiedział
o swoich wyczynach, trudno zaprzeczyć, że odegrało się ważną rolę w historii. Osobliwie przy stoliku
karcianym, gdy się ograło swoich słuchaczy na sto franków. Udawanie, że jest się ważnym bądź przebiegłym,
sprawia, że ofierze łatwiej pogodzić się z przegraną. Gadałem więc i chełpiłem się, a słuchający tego z boku
Norweg z brodą koloru ognia spoglądał na mnie z coraz większym zainteresowaniem, ja zaś gapiłem się na
flirtującą Paulinę; wiedziałem, że swojemu mężowi, generałowi Charlesowi Leclercowi, wierna jest mniej
więcej tak jak kotka w rui. Figlarka miała urodę Wenus i maniery żłopiącego grog marynarza. Nic dziwnego,
że nieustannie puszczała do mnie oko.
Był 30 września 1800 roku, albo wedle kalendarza rewolucji francuskiej – ósmy dzień vendemiaire'a roku
IX. Napoleon ogłosił koniec rewolucji, uznając w sobie jej triumfatora, i wszyscy mieliśmy nadzieję, że
wkrótce pozbędzie się irytującego kalendarza, w którym tydzień trwał dziesięć dni, bo jak wieść niosła, starał
się dobić targu z papieżem i wrócić do katolicyzmu. Wprawdzie nikt nie tęsknił za niedzielnymi mszami, ale
wszyscy z nostalgią wspominali pełne lenistwa niedziele. Bonaparte jednak wciąż jeszcze szukał własnej drogi
i nie znał swego przeznaczenia. Objął władzę zaledwie dziesięć miesięcy wcześniej (po części dzięki
znalezionej przeze mnie w zaginionym mieście mistycznej Księdze Tota) i niewiele brakło, żeby przegrał
bitwę pod Marengo. Zakończenie swarów Francji z Ameryką – przy czym trzeba rzec, że mój naród wygrał
kilka imponujących potyczek z francuskimi okrętami wojennymi i wielce szkodziliśmy francuskiemu
handlowi morskiemu – było kolejnym krokiem w kierunku umocnienia jego władzy. Nasze zwaśnione narody
były w końcu dwiema jedynymi republikami na świecie, choć autokratyczny styl rządów Napoleona we Francji
mocno naginał definicję demokracji. No i ten traktat! Nie było sprawą przypadku, że na uroczystości w
Mortefontaine przybyła cała francuska elita. Żaden żołnierz nie był lepszy w nagłaśnianiu swoich wysiłków
na rzecz pokoju niż Bonaparte.
Mortefontaine to uroczy pałacyk położony około dwudziestu dwóch mil na północ od Paryża. Innymi
słowy znajdował się wystarczająco daleko, żeby nowi przywódcy Francji mogli oddawać się uciechom, nie
drażniąc tłumów, które wyniosły ich na piedestały. Posiadłość kupił Józef Bonaparte, brat Napoleona, i nikt z
zebranych nie ośmielił się zasugerować, że jak na spadkobierców rewolucji jest ona odrobinę zbyt
ostentacyjna. Mający zaledwie trzydzieści jeden lat Napoleon był jednym z najbardziej przenikliwych
obserwatorów ludzkich charakterów, jakich kiedykolwiek poznałem. Nie tracąc czasu, oddał Francji część
rojalistycznych przywilejów, których krajowi brakowało od czasu ścięcia króla Ludwika i zgilotynowania
arystokracji. Znowu wolno było się bogacić, mieć ambicje i elegancko się ubierać! Zabroniony w czasach
Terroru aksamit nie tylko wrócił do łask, ale wręcz stał się modny. Peruki mogły sobie być reliktem
poprzedniego stulecia, ale wymogiem etykiety stały się złocone harcapy. W pięknym kraju znów się pojawili
wpływowi ludzie i pełne uroku kobiety domagające się takich ilości jedwabiu i brokatu, że paryscy właściciele
pasmanterii nieustannie nucili radośnie pod nosami, aczkolwiek na nieco bardziej tradycyjną, republikańską
nutę. Lafayette i La Rochefoucauld zapraszali każdego znaczniejszego przebywającego w Paryżu
strona
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin