Delinsky Barbara - Rodzinne tajemnice.pdf

(1239 KB) Pobierz
RODZINNE
TAJEMNICE
BARBARA
DELINSKY
1
W
nocy coś ją przebudziło. Nie wiedziała, czy to kopanie
dziecka, uderzenie morskiego powietrza o parapet, ryk
wody rozbijającej się o skałę, czy może wreszcie zagłuszony szu­
mem fal głos matki. Z otwartymi oczami leżała w ciemności, ale
sen nie chciał odejść. To był stary sen, jednak wcale nie mniej że­
nujący dzięki temu, że dobrze znała przebieg zdarzeń. Była wśród
ludzi i cały świat mógł zobaczyć, że brak jej istotnego fragmentu
garderoby. Tym razem chodziło o bluzkę. Wyszła bez niej z domu
i teraz tkwiła na stopniach prowadzących do ogólniaka - swojego
dawnego ogólniaka - w samym staniku, do tego znoszonym. Nie­
ważne, że skończyła szkołę szesnaście lat temu i nie znała nikogo
z ludzi dookoła, każdy mógł ją sobie obejrzeć. Była koszmarnie
przerażona. W dodatku, po raz pierwszy w takim śnie, nieco na
uboczu stała jej teściowa, ze skonsternowaną miną i bluzką w rę­
kach. Przedziwne.
Absurdalność nocnych majaków zapewne rozbawiłaby Dane,
gdyby akurat w tym momencie coś innego nie zaprzątało jej myśli.
Między jej nogami płynął strumień. To było coś zupełnie nowego.
Zbyt przestraszona, żeby się poruszyć, wyszeptała imię męża.
Nie reagował, więc wyciągnęła rękę, potrząsnęła jego ramieniem
i powiedziała głośno:
- Hugh.
- Uhm? - wymamrotał.
- Musimy wstawać.
Poczuła, że się odwrócił i przeciągnął.
7
- Wody mi odeszły.
Błyskawicznie usiadł na łóżku. Pochylił się nad nią i głosem
wyższym niż zazwyczaj spytał:
-Jesteś pewna?
- Ciągłe płyną. Przecież miałam rodzić dopiero za dwa tygo­
dnie.
- Wszystko w porządku - zapewnił ją. - Wszystko w porząd­
ku. Dziecko i tak waży ponad trzy kilogramy, urodzisz dokładnie
w środku dopuszczalnego terminu. Która godzina?
- Dziesięć po pierwszej.
- Nie ruszaj się. Idę po ręczniki. - Przetoczył się i zsunął
z łóżka.
Posłuchała, częściowo dlatego, że Hugh przeanalizował wszyst­
kie aspekty porodu i dobrze wiedział, co robić, ale także dlatego,
że nie chciała niczego brudzić. Kiedy wrócił, podtrzymała brzuch
i się dźwignęła. Mrużąc oczy przed światłem lampy, które znienac­
ka zalało pokój, chwyciła jeden z ręczników, wsunęła go między
uda i powlokła się do łazienki.
Hugh zjawił się tam parę sekund później. Miał szeroko otwarte
oczy i w oświetleniu nad lustrem wydawał się bardzo blady.
- Co widzisz? - zapytał.
- Nie ma krwi. Ale to na pewno dziecko, nie ja.
- Czujesz coś?
- Przerażenie? - Dana mówiła całkiem poważnie. Mimo że
byli przygotowani, przeczytali mnóstwo książek, rozmawiali z nie­
zliczonymi znajomymi, wypytywali o wszystko lekarkę, jej współ­
pracowników, pielęgniarkę i personel szpitalny podczas zwiedzania
oddziału położniczego, w rzeczywistości ta chwila okazała się zu­
pełnie inna, niż oczekiwała. Teraz, w obliczu nagłego i nieuchron­
nego porodu, zaczęła się bać.
- Chodziło mi raczej o skurcze — wyjaśnił oschle.
- Nie. Tylko coś dziwnego. Jakby delikatne ściskanie.
- J a k to: delikatne?
- Lekkie.
- Czy to skurcz?
8
- Nie wiem.
- Przychodzi i ustępuje?
- Nie wiem, Hugh. Naprawdę. Obudziłam się i nagle napły­
nęło... — Urwała, bo coś poczuła. — Jakby skurcz. - Wstrzyma­
ła oddech, wypuściła powietrze z płuc i spojrzała w oczy męża.
— Bardzo łagodny.
- To skurcz przepowiadający czy zwykły?
- Zwykły. - Zadrżała. Tak długo na to czekali. Nie mogliby
być lepiej przygotowani.
- Dasz sobie radę, kiedy będę dzwonił do lekarki?
Skinęła głową, świadoma, że gdyby nie dała sobie rady, przy­
niósłby telefon do łazienki. Ale nie była bezradna. Choć Hugh
okazywał jej ostatnio ogromne wsparcie, Dana była niezależną ko­
bietą, przygotowaną na tę chwilę. Wiedziała, czym jest całkowita
zależność od kogoś, kto może nagle zniknąć. Trudno sobie wyob­
razić coś gorszego.
Kiedy Hugh rozmawiał z lekarką, Dana wepchnęła ogromny
brzuch w najnowszy, największy dres i włożyła między nogi pod­
paskę ze stosika poporodowego, żeby płyn owodniowy miał w co
wsiąkać. Potem przeszła korytarzem do pokoju dziecka. Ledwie
zdążyła zapalić światło, kiedy usłyszała głos Hugh.
-Dee?
- Tutaj!
Zapinając dżinsy, stanął w drzwiach. Ciemne włosy miał
zmierzwione, wzrok przejęty.
-Jeśli skurcze będą się pojawiały częściej niż raz na dziesięć
minut, mamy jechać do szpitala. Nic ci nie jest?
Pokręciła głową.
- Chciałam zerknąć ostatni raz.
- Wszystko jest idealnie, skarbie - powiedział, wkładając stary
granatowy podkoszulek. - Gotowa?
- Chyba pojawiają się rzadziej niż co dziesięć minut.
- W połowie drogi częstotliwość się pewnie zmieni.
- To nasze pierwsze dziecko — zauważyła. - Pierwsze dzieci
rodzą się dłużej.
9
- Może tak jest zazwyczaj, ale od każdej reguły są wyjątki.
Chcesz o tym porozmawiać?
Wzięła Hugh za rękę, pocałowała wnętrze jego dłoni i przycis­
nęła ją do karku. Potrzebowała jeszcze chwili.
Tutaj czuła się bezpieczna, chroniona, szczęśliwa. Ze wszyst­
kich pokoi dziecięcych, które zaprojektowała dla klientów, ten był
najpiękniejszy - na czterech ścianach rozpościerała się panora­
miczna łąka pełna kwiatów i wysokiej trawy oraz skąpane w słońcu
drzewa. Całość była biała, jasnopomarańczowa i zielona, a rozlicz­
ne odcienie tych kolorów uwypuklono okazjonalnymi plamkami
błękitu w kwiatku lub na niebie. Czuło się, że to świat idealny,
łagodny, harmonijny i bezpieczny.
Może była to z jej strony zarozumiałość, ale marzyła o nim od
chwili, w której znowu odważyła się marzyć.
Hugh dorastał w takim właśnie świecie. Dzieciństwo spędził
pod kloszem, w wiek dojrzewania wkroczył z dużymi pieniędzmi.
Jego rodzina przybyła do Ameryki na „Mayflower" i od tamtych
czasów cieszyła się powszechnym szacunkiem. Cztery stulecia
sukcesów zaowocowały pomnażaną stabilizacją. Hugh mógł sobie
bagatelizować ów stan rzeczy, ale był jego bezpośrednim benefi­
cjentem.
- Twoi rodzice oczekiwali pastelowych baloników na ścianach
-
zauważyła, puszczając jego rękę. - Obawiam się, że ich rozcza­
rowałam.
- Nie ty, tylko my oboje, ale to bez znaczenia — odparł. - Dziec­
ko jest nasze, nie ich. - Ruszył do drzwi. - Muszę wziąć buty.
Odsuwając druty, które podtrzymywały górną część śpiworka
w kolorze intensywnej zieleni, Dana ostrożnie usiadła na bujanym
fotelu. Przywlokła go ze strychu, gdzie Hugh ukrywał większość
swoich pamiątek, i choć zniosła również inne meble, obecnie roz­
stawione po całym domu, fotel należał do jej faworytów. Zakupio­
ny w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku przez prapra-
dziadka Hugh, przyszłego generała w wojnie secesyjnej, mebel
miał oparcie z pionowych poprzeczek oraz trzyczęściowe, falujące
siedzisko, zresztą zdumiewająco wygodne jak na coś tak starego.
10
Zgłoś jeśli naruszono regulamin