Na srebrnym głobie J.Żuławskiego.pdf

(1314 KB) Pobierz
Jerzy
Żuławski
NA SREBRNYM GLOBIE
RĘKOPIS Z KSIĘŻYCA
Wirtualna Biblioteka Literatury Polskiej
Uniwersytet Gdański
Polska.pl
NASK
Tekst pochodzi ze zbiorów
„Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej”
Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego
2
Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG
SPIS TREŚCI
OD AUTORA........................................................................................ 3
RĘKOPISU CZĘŚĆ PIERWSZA. DZIENNIK PODRÓŻY ......... 13
RĘKOPISU CZĘŚĆ DRUGA. NA TAMTEJ STRONIE ............. 41
[Rozdział] I.............................................................................................. 41
[Rozdział] II ............................................................................................ 57
[Rozdział] III ........................................................................................... 72
[Rozdział] IV........................................................................................... 84
[Rozdział] V ............................................................................................ 97
[Rozdział] VI......................................................................................... 113
RĘKOPISU CZĘŚĆ TRZECIA. WŚRÓD NOWEGO
POKOLENIA ................................................................................... 123
[Rozdział] I............................................................................................ 123
[Rozdział] II .......................................................................................... 125
[Rozdział] III ......................................................................................... 131
[Rozdział] IV......................................................................................... 147
[Rozdział] V .......................................................................................... 153
[Rozdział] VI......................................................................................... 162
[Rozdział] VII........................................................................................ 173
NASK
IFP UG
Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG
3
OD AUTORA
Pięćdziesiąt lat blisko upłynęło już od owej podwójnej wyprawy,
najszaleńszej zaiste, jaką kiedykolwiek człowiek przedsięwziął i wyko-
nał – i cała rzecz poszła niemal w zapomnienie, gdy pewnego dnia w
jednym z dzienników w K... pojawił się podpisany przez asystenta ma-
łego
miejscowego obserwatorium artykuł, przypominający wszystko na
nowo. Autor artykułu twierdził,
że
ma w ręku niewątpliwe wiadomości
o losie wystrzelonych przed pięćdziesięciu laty na księżyc szaleńców.
Rzecz narobiła wiele wrzawy, chociaż początkowo nie brano jej zbyt
poważnie. Ci, co słyszeli lub czytali o owym nadzwyczajnym przed-
sięwzięciu, wiedzieli,
że śmiali
awanturnicy ponieśli
śmierć,
ruszali
więc teraz ramionami na wieść,
że
ci, od dawna za umarłych uważani,
nie tylko
żyją,
ale przysyłają nawet wiadomości wprost z księżyca.
Asystent mimo wszystko uporczywie obstawał przy swoim zdaniu i
pokazywał ciekawym stożkową,
żelazną
kulę, czterdzieści centyme-
trów wysoką, w której miał odnaleźć r
ęk
opis na księżycu sporządzony.
Misternie odkręcającą się, wewnątrz próżną kulę, pokrytą grubą war-
stwą rdzy i
żużlu.
można było oglądać i podziwiać; rękopisu jednakże
asystent nikomu nie chciał pokazać. Twierdził,
że
są to papiery zwę-
glone, których treść on dopiero odczytuje za pomocą sztucznych zdjęć
fotograficznych, robionych z wielkim trudem i największą ostrożno-
ścią.
Ta tajemniczość wzbudzała podejrzenia, zwłaszcza
że
asystent do
tego czasu nie powiedział, jak doszedł do posiadania kuli; ale zacieka-
wienie wzrastało ciągle. Czekano z pewnym niedowierzaniem przyrze-
czonych wyjaśnień, a tymczasem zaczęto sobie przypominać ze współ-
czesnych pism dzieje całej wyprawy.
I nagle zaczęli się ludzie dziwić,
że
mogli tak prędko zapomnieć...
Wszakże w czasie owej wyprawy nie było pisma codziennego, tygo-
dniowego lub miesięcznego, które by przez parę lat z rzędu nie poczu-
wało się do obowiązku poświęcenia w każdym numerze kilku szpalt
temu wypadkowi, tak niesłychanemu i nieprawdopodobnemu. Przed
samą wyprawą pełno było wszędzie sprawozdań ze stanu robót przygo-
towawczych; opisywano niemal każdą
śrubę
w „wagonie”, który miał
przebyć międzyplanetarne przestrzenie i wysadzić
śmiałych
szaleńców
NASK
IFP UG
4
Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG
na powierzchnię księżyca, znaną do tego czasu jedynie ze znakomitych
zdjęć fotograficznych, dokonywanych od szeregu lat w „Licke-
Observatory” – zajmowano się
żywo
wszystkimi szczegółami przed-
sięwzięcia; na naczelnym miejscu umieszczano portrety i
życiorysy
obszerne podróżników. Wiele wrzawy wywołała wieść o cofnięciu się
jednego z nich w ostatniej niemal chwili, bo niespełna na dwa tygodnie
przed naznaczonym terminem „odjazdu”. Ci sami, co niedawno jeszcze
rzucali gromy na cały „niedorzeczny i awanturniczy” plan wyprawy, a
uczestników jej nazywali wprost półgłówkami, zasługującymi jedynie
na dożywotnie zamknięcie w szpitalu, oburzali się teraz na „tchórzo-
stwo i odstępstwo” człowieka, co powiedział otwarcie,
że
się spodzie-
wa mieć grób na ziemi również spokojny, a nierównie późniejszy niż
jego niedoszli towarzysze na księżycu. Największe jednak zaciekawie-
nie wywołała osoba nowego
śmiałka,
zgłaszającego się na opróżnione
miejsce. Przypuszczano powszechnie,
że
go uczestnicy wyprawy nie
przyjmą do swego grona, gdyż czas był już za krótki, aby nowy towa-
rzysz mógł odbyć konieczne przedwstępne
ćwiczenia,
którym tamci
przez kilka
łat
się oddawali, doszedłszy w końcu do niesłychanych
wprost wyników. Opowiadano o nich,
że
nauczyli się znosić w lekkim
odzieniu mróz czterdziestostopniowy i czterdziestostopniowe gorąco,
obywać się całymi dniami bez wody i oddychać bez szkody dla zdro-
wia powietrzem bez porównania rzadszym od atmosfery ziemskiej na
wysokich górach. Jakież tedy było zdziwienie, gdy się dowiedziano,
że
nowy ochotnik, przyjęty. dopełnił liczby „lunatyków”, jak ich nazywa-
no. To tylko sprawozdawców pism doprowadzało do rozpaczy,
że
nie
mogli się dowiedzieć bliższych szczegółów o tym tajemniczym awan-
turniku. Mimo natarczywe nalegania nie dopuszczał do siebie reporte-
rów, ba! nawet nie przysłał
żadnemu
dziennikowi fotografii ani nie od-
powiadał na listowne zapytania. Inni członkowie wyprawy
zachowywali również
ścisłe
milczenie co do jego osoby. Na dwa dni
dopiero przed wyruszeniem wyprawy w drogę pojawiła się wiadomość
bliższa, choć nieco fantastyczna. Jednemu z dziennikarzy udało się po
wielu trudach zobaczyć nowego uczestnika przedsięwzięcia i rozpuścił
natychmiast wieść,
że
to ma być kobieta w przebraniu męskim. Nie
bardzo wierzono tej pogłosce, a zresztą nie było już czasu zajmować
się nią. Stanowcza chwila nadchodziła. Gorączkowe oczekiwanie
zamieniło się po prostu w szał. Okolica nad ujściem Kongo, skąd
wyprawa miała „wyruszyć w drogę”, zaroiła się od ludzi, przybyłych
ze wszystkich części
świata.
NASK
IFP UG
Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG
5
Fantastyczny pomysł Juliusza Vernego miał być nareszcie urze-
czywistnionym – w sto kilkanaście lat po
śmierci
swego autora.
Na wybrzeżu Afryki, dwadzieścia kilka kilometrów od ujścia Kon-
go, zionął otwór obszernej gotowej już studni z lanej stali, która miała
za kilkanaście godzin wystrzelić na księżyc pierwszy pocisk z
zamkniętymi w nim pięcioma
śmiałkami.
Osobna komisja sprawdziła
jeszcze raz w pośpiechu wszystkie zawiłe obliczenia; zrobiono raz
jeszcze przegląd zapasów i narzędzi: wszystko było w porządku,
wszystko było gotowe.
Na drugi dzień na krótko przed wschodem słońca potworny huk
wybuchu oznajmił
świa
tu na paręset kilometrów wokoło,
że
podróż
rozpoczęta...
Według niezmiernie
ścisłych,
i dokładnych obliczeń pocisk miał
pod działaniem wybuchowej siły prostopadłego rzutu. przyciągania
ziemi i siły rozpędowej, nabytej przez dzienny obrót ziemi dookoła osi,
zakreślić w przestworzu olbrzymią parabolę z zachodu na wschód i
wszedłszy w oznaczonym punkcie i w oznaczonej godzinie w sferę
przyciągania księżyca, spaść prawie pionowo na
środek
jego tarczy ku
nam zwróconej, w okolicy
Sinus Medii.
Bieg pocisku, obserwowany z
różnych punktów ziemi przez setki teleskopów, okazał się zupełnie
prawidłowym. Dla patrzących pocisk zdawał się cofać na niebie w kie-
runku od wschodu na zachód, zrazu znacznie wolniej niż słońce, potem
coraz szybciej, w miarę jak się od ziemi oddalał. Ten ruch pozorny był
wynikiem obrotu ziemi, wobec którego pocisk w tyle pozostawał.
Śledzono
go długo, aż wreszcie w pobliżu księżyca już i najsilniej-
sze teleskopy nie były zdolne go spostrzec. Mimo to
łączność
między
zamkniętymi w pocisku awanturnikami a ziemią nie ustawała jeszcze
przez pewien czas ani na chwilę. Podróżnicy obok mnóstwa innych
przyrządów zabrali ze sobą znakomity aparat do telegrafii bez drutu,
który według obliczeń powinien był funkcjonować nawet na odległość
trzystu osiemdziesięciu czterech tysięcy kilometrów, dzielących księ-
życ
od ziemi. Obliczenia atoli zawiodły w tym wypadku; ostatnią depe-
szę otrzymały stacje astronomiczne z odległości dwustu sześćdziesięciu
tysięcy kilometrów. Czy to ze względu na niedostateczną silę prądu
wytwarzającego fale, czy też wadliwą budowę przyrządu, telegrafowa-
nie na większą odległość było niemożliwe. Ale ostatnia depesza
brzmiała nader zachęcająco:,,Wszystko dobrze, nie ma powodu do
obaw”. W sześć tygodni wysłano według umowy drugą wyprawę. Tym
razem znalazło w pocisku pomieszczenie dwóch tylko ludzi: wieźli za
NASK
IFP UG
Zgłoś jeśli naruszono regulamin