Eustachy Rylski - Obok Julii.pdf

(1183 KB) Pobierz
Eu​sta​chy Ryl​ski
OBOK JU LII
Część pierwsza
Poranek
1
Ży​cie nas wy​ce​nia. Je​że​li w ska​li od jed​ne​go do dzie​się​ciu do​sta​nie​my
pięć, mo​że​my być za​do​wo​le​ni. Ja do​sta​łem wię​cej i będę mu​siał za to za​pła​‐
cić, gdyż ży​cie wy​ce​ni​ło mnie po​nad moją war​tość.
Cho​ciaż jako mę​drzec czu​ję się nie​do​ce​nio​ny, to w po​zo​sta​łych wy​mia​‐
rach ist​nie​nia, a nie jest ich mało, ży​cie wy​nio​sło mnie do po​zio​mu, jaki mi
się nie na​le​ży i do ja​kie​go nie aspi​ru​ję.
Gdy spo​glą​dam na sie​bie z boku, jak za​wsze z czu​ło​ścią, w po​łą​cze​niu
mi​ło​ści i trwo​gi, ale bez ta​ry​fy ulgo​wej, nie mogę się na​dzi​wić, że tylu lep​‐
szych ode mnie ma się go​rzej. Je​stem tym, a mó​wiąc ści​ślej, by​wam, za​kło​‐
po​ta​ny.
Nie mó​wię, że chciał​bym się zna​leźć w ich sy​tu​acji, ale gdy​bym się w
niej zna​lazł, to nie miał​bym doj​mu​ją​ce​go wra​że​nia, że za​sia​dłem do obia​du,
na któ​ry mnie nie stać.
Znam wie​lu mó​wią​cych: nie martw się ra​chun​kiem, bo nim ci go przed​‐
sta​wią, prze​mi​niesz. Ze​sta​rze​jesz się, stra​cisz wszyst​kie ape​ty​ty, zdro​wie,
uro​dę, wdzięk, wszel​ką ła​twość, każ​dą oka​zję, zna​jo​mych, przy​ja​ciół, je​że​li
ich kie​dy​kol​wiek mia​łeś, lu​dzi, z któ​ry​mi było ci do​brze, zwie​rzę​ta, choć tak
bar​dzo cię wy​róż​nia​ły, upar​cie przy​wo​ły​wa​ne na​stro​je. Ana​chro​nicz​ny i gro​‐
te​sko​wy mo​ścić się bę​dziesz we wspo​mnie​niach, ale one nie będą chcia​ły się
do cie​bie przy​znać.
Bo co łą​czy tego omsza​łe​go, wy​chu​dzo​ne​go, przed​wcze​sne​go star​ca z
pięk​nem, zdro​wiem i mło​do​ścią, któ​re tak upo​rczy​wie wabi? Ja​kie ma do
nich pra​wo?
Na​wet je​śli dwu​dzie​sto​la​tek za​nu​rzo​ny w ży​ciu, przy​po​mi​na​ją​cy Ala​ina
De​lo​na i być może na nie​go upo​zo​wa​ny, któ​ry wy​cho​dzi wła​śnie z zie​lo​ne​go
sta​wu, zwra​ca​jąc uwa​gę wia​nusz​ka na​praw​dę prze​ślicz​nych dziew​cząt z każ​‐
de​go brze​gu, ma coś wspól​ne​go z tobą, to tre​ści tego wspo​mnie​nia nie uwia​‐
ry​god​nia żad​na spra​wa, któ​ra mo​gła​by was te​raz łą​czyć.
Wspo​mnie​nia nie bio​rą się zni​kąd. Coś je wy​wo​łu​je. Moje wspo​mnie​nia
wy​wo​łu​je roz​pa​no​szo​na we mnie no​stal​gia, któ​ra tak ła​two ze​śli​zgu​je się w
stro​nę dwu​znacz​nych oko​licz​no​ści. Co mam na my​śli?
Ni​g​dy w peł​ni nie​za​spo​ko​jo​ny ape​tyt na przy​jem​no​ści, któ​ry po​wi​nien
zo​stać już za​spo​ko​jo​ny. Jak dłu​go moż​na na​cią​gać ży​cie?
Jak dłu​go prze​ko​ny​wać je moż​na, że przy​jem​no​ści są na​leż​nym mi ekwi​‐
wa​len​tem za do​bro​wol​ną re​zy​gna​cję z tego, co inni na​zy​wa​ją szczę​ściem?
Z lo​sem za​war​łem deal. Od​da​ję mu po​żyt​ki mał​żeń​stwa, roz​ko​sze oj​co​‐
stwa, prze​wa​gi wy​kształ​ce​nia, spra​wie​dli​wą wła​dzę nad bliź​ni​mi i ich nie​‐
usta​ją​cy sza​cu​nek, pew​ność dro​gi, jaką kro​czę, i celu u jej koń​ca, wia​rę w
Boga i prze​czu​cie wy​róż​nie​nia, ja​kim zo​sta​nę za nią wy​na​gro​dzo​ny, wie​lo​‐
po​ko​le​nio​we wi​gi​lie, wiel​ka​noc​ne śnia​da​nia przy suto za​sta​wio​nym sto​le,
chrzci​ny, ślu​by, po​grze​by, ro​dzin​ne zjaz​dy i bale, i wszyst​kie inne uro​czy​sto​‐
ści, do któ​rych prze​pust​ką jest za​wsze bez​a​wa​ryj​ne pod​łą​cze​nie do ży​cia; od​‐
da​ję to wszyst​ko za zdol​ność od​czu​wa​nia przy​jem​no​ści w każ​dych oko​licz​‐
no​ściach i z byle po​wo​du.
Kon​trakt zo​stał za​war​ty i wy​ko​na​ny. Moje póź​ne dzie​ciń​stwo i wcze​sna
mło​dość sta​ły się nie​usta​ją​cą, zmy​sło​wą – a tyl​ko ta​kie są coś war​te – przy​‐
jem​no​ścią.
Mimo wro​dzo​ne​go pe​sy​mi​zmu, nie​wia​ry w sens ist​nie​nia i me​ta​fi​zycz​ne​‐
go lęku, ja​kim pod​szy​ty by​łem, od kie​dy pa​mię​tam, każ​dy kon​takt z ma​te​rią
mój umysł prze​ra​biał na​tych​miast na przy​jem​ność.
Przy​wo​łu​ję więc dłu​gie, upal​ne lato 1963 roku i sierp​nio​wy dzień, kie​dy
roz​kosz ist​nie​nia osią​gnę​ła apo​geum.
Już świt za​po​wie​dział wszyst​ko, co naj​lep​sze. Nie mia​łem zwy​cza​ju bu​‐
dzić się wcze​śniej, niż to było ko​niecz​ne, i z wie​lu osa​cza​ją​cych mnie de​fi​cy​‐
tów de​fi​cyt snu był naj​upor​czyw​szy, ale tego sierp​nio​we​go dnia obu​dzi​łem
się przed pią​tą nie po to, by znów za​snąć.
Nie po​tra​fię opi​sać pięk​na, ja​kie uj​rza​łem, zbyt mnie wzru​sza, gdy je so​‐
bie przy​po​mi​nam. W każ​dym ra​zie przez otwar​te w po​ło​wie man​sar​do​we
okno z od​pa​da​ją​cą far​bą zo​ba​czy​łem przed sobą jak na dło​ni ru​iny rau​brit​ter​‐
skie​go zam​ku na szczy​cie za​le​sio​nej góry, z któ​rej po​umy​ka​ła już sza​rość
świ​tu. Słoń​ce wy​do​by​ło od​cień upal​ne​go let​nie​go dnia, za któ​ry od​dam
wszyst​kie bar​wy zie​mi, a kry​sta​licz​na przej​rzy​stość po​wie​trza, nie​zwia​stu​ją​‐
ca w na​szych sta​rych, nie​wy​so​kich gó​rach ni​cze​go do​bre​go na resz​tę dnia,
nie bu​dzi​ła obaw, gdyż im​pet tego nie​za​po​mnia​ne​go i ni​g​dy nie​po​wtó​rzo​ne​‐
Zgłoś jeśli naruszono regulamin