Outsiderzy 3.1.pdf

(1297 KB) Pobierz
Robert Hansen – Outsiderzy
Robert Hansen
Outsiderzy
wersja 3.1 (31/01/21)
Taunton 2021
Copyleft: Cc-by-sa-4.0
2
Robert Hansen – Outsiderzy
Robert Hansen – Outsiderzy
Wydanie w wersji 1.0
Taunton Super Duper Press
Londyn – Bridgwater – Taunton 2021
Copyleft
Cc-by-sa-4.0
Niniejszą powieść udostępnia się na wolnej licencji Cc-by-sa-4.0
Oznacza to, że powieść można przetrzymywać na nośnikach elektronicznych, a także
publikować w wersji elektronicznej i drukowanej tak w części, jak i w całości na
takich samych zasadach i z podaniem źródła.
Projekt okładki – kicior, omik, minik
Skład i konwersja – kicior
Dobre słowo - miśor
Wszelkie czynności związane z powieścią wykonano na komputerze z użyciem
systemu operacyjnego GNU Linux i przy użyciu oprogramowania na wolnych
licencjach.
Niniejszy utwór jest dziełem wyobraźni autora. Postaci w powieści są fikcyjne, a
wszelkie podobieństwo do rzeczywistych jest przypadkowe i niezamierzone.
Niemniej jednak sporo tu opisanych wydarzeń rzeczywiście miało miejsce...
3
Robert Hansen – Outsiderzy
– Chromolić, nigdzie nie jadę! – odpyskowałem mojej matce i szybko zniknąłem w
pokoju, uprzednio głośno zamykając drzwi. Wstęp wzbroniony i szlus. Wróciłem do
rozgrzebanej grafiki, choć zupełnie nie mogłem się skupić i zamiast ją poprawiać,
dokonywałem jakichś bezsensownych zmian. Grafika była na konkurs, czasu było
coraz mniej, a roboty sporo, co najmniej na kilka wieczorów. Kolorowe linie na
ekranie coraz bardziej rozmazywały mi się w oczach, w mózgu wciąż bębniły echa
niedawnej sprzeczki. Moja mamusia wymyśliła sobie, że pośle mnie na obóz. Tak,
mnie, starego, siedemnastoletniego konia. I to takiego, który nigdy nie był z dala od
domu, rodziców, czy też matki, kiedy starsi się rozeszli, a ojciec poznał jakąś nową
dupę i czmychnął do Hiszpanii. Zresztą co mnie tam... Widząc, co robię, wstałem od
komputera, wziąłem wiaderko ze śmieciami i tak cicho, jak tylko się dało, wyszedłem
z domu. Matka siedziała w swoim pokoju i chyba mnie nie słyszała. Albo nie chciała
ciągnąć dalej tej burdy.
Każdy ma swojego mola, co go gryzie, jak to mawiają. Takoż i ja. Mol czy mól,
prawdę nie wiem, jak się mówi, był poważny i przysparzał mi masę zmartwień. Jak
już wspomniałem, mam siedemnaście lat, przy okazji przedstawię się do końca,
nazywam się Ulryk Szmidt. Brzmi po niemiecku, prawda? Równie dobrze mógłbym
się pisać Ulrich Schmidt. To też jeden z licznych podgryzających mnie moli, ale nie
aż tak poważny. Imię jak imię, można się przyzwyczaić, wszyscy mówią na mnie Uli.
Albo Meserszmit, co też mi specjalnie nie przeszkadza. Są rzeczy o wiele gorsze.
Właśnie to siedemnaście lat. Wyobraźcie sobie, że ktoś ma siedemnaście lat, a
wygląda jak najwyżej trzynastolatek. Nieco powyżej metra pięćdziesięciu wzrostu,
chudy jak szczapa, czterdzieści sześć kilo żywej wagi i zero, dokładnie zero oznak
dojrzewania. Głos jak u panienki. Czasem muszę zadzwonić do jakiegoś urzędu i
wszyscy się do mnie zwracają "pani". Jakiś dżender sobie ze mnie zrobili. A przecież
wszystko do pewnego momentu było normalne: nie bylem ani wysoki ani niski,
zupełnie się nie wyróżniałem. Przyszło gimnazjum i się zaczęło. Wszyscy wystrzelili
a ja nie. Na początku się tym nie przejmowałem, ale im dalej, tym było coraz gorzej.
Większość kolegów miała już dziewczyny, co niektórzy nawet już mieli za sobą
pierwszy raz, a mnie to zupełnie nie obchodziło. Nie czułem podniecenia na widok
żadnej dziewczyny, czy nawet chłopaka, tyle się w końcu teraz o tym mówi.
Traktowałem wszystkich równą miarą, było mi obojętne, czy gadam z dziewczyną
czy chłopakiem. Gadałem zresztą coraz rzadziej, bo zwyczajnie się wstydziłem. A
zadawać się z młodszymi nie miałem zamiaru, ja tylko fizycznie byłem dzieciakiem,
pod każdym innym względem nie ustępowałem rówieśnikom, a i w pewnych
4
Robert Hansen – Outsiderzy
rzeczach nawet ich przewyższałem, zwłaszcza w matematyce i sztukach
plastycznych. Rysunek, grafika komputerowa czy malowanie były moją pasją. Także
architektura. No i oczywiście szwendanie się po muzeach i galeriach. Co prawda
Szczecin nie jest zbyt dobrym miejscem dla muzeów, ale to i owo da się tu obejrzeć.
A w weekend brałem szkicownik i jechałem na Pogodno rysować stare niemieckie
wille.
To wszystko, znaczy się ten cały niedorozwój, zauważyła w końcu matka. No i
zaczęło się jeżdżenie po lekarzach, konsultowanie, jak to koledzy lubią mówić, chuje
muje dzikie węże. Obejrzeli mnie, obmacali, pobrali morze krwi i wmuszali jakieś
pigułki, po których chciało mi się głównie wymiotować albo miałem biegunkę. Po
którejś takiej wizycie zbuntowałem się i zapowiedziałem, że nigdzie więcej nie
pojadę. To jest nawet nie męczące, a żenujące, czujesz się jak jakaś małpa w zoo,
każdy cię dotyka, maca, bada, mierzy... Wszędzie mi zajrzeli, nawet między pośladki,
o oglądaniu siusiaka z przyległościami nawet nie wspominając. Banda pedofilów,
szlag ich. To chyba właśnie po tamtej wizycie zrobiłem tę awanturę. Ileż można?
Matka chyba też widziała, że to wszystko raczej mi nie służy i po prostu dała spokój.
W przeciwieństwie do moich kolegów szkolnych, o ile w gimnazjum jakoś wszyscy
się do mnie przyzwyczaili, w liceum nie było już tak ulgowo i sporo musiałem się
nasłuchać. Ale i na to znalazła się rada, prosta, ale stosowana z żelazną
konsekwencją, najlepsza: nie reagować. Pogadali, pogadali i przestali, bo nie widzieli
reakcji. Nie wiedzieli, jak to wszystko mnie boli. Nie wiedzieli, że już zbierałem
tabletki, aby z tym wszystkim skończyć. Jednak wzięcie tabletek oznaczałoby słabość
i porażkę, a za takiego nie chciałem uchodzić. Żyłem nie z ludźmi a obok nich,
niespytany potrafiłem się nawet tydzień nie odzywać. Kolejne epitety typu "panienka"
czy „szczeniak” puszczałem mimo uszu.
Ani się spostrzegłem, jak doszedłem prawie do dworca głównego, z kubełkiem na
śmieci. Miejsca mojej egzekucji. Już z daleka widziałem rzęsiście oświetlony
prostopadłościenny budynek. Zwykle mi się podobał, mimo że akurat szczeciński
dworzec jest bardzo przeciętny i prawdę mówiąc nie ma czym się chwalić. Jak zresztą
całym miastem... Choć nie znając innego, lubiłem je bardzo. Ale w tej chwili nie
myślałem o tym, dalej przegryzałem fragmenty awantury. "Musisz w końcu bywać
wśród ludzi, wyrośniesz na dzikusa!" – darła się matka. Austriackie gadanie. Grafika
komputerowego przyjmą z pocałowaniem ręki, już teraz nieźle zarabiałem na
projektach, o które wcale nie było trudno. Więc niech mi matula nie chrzani, będę
pracował z domu i zarabiał niezgorszą forsę. A ludzie? Zawsze można z nimi pogadać
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin