Tomasz Białkowski - Spica.pdf

(1453 KB) Pobierz
Copyright © Tomasz Białkowski, 2020
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcie na okładce
© obraz holenderskiego malarza
Paulusa Pottera /zbiory Hermitage Museum
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Renata Bubrowiecka
Korekta
Maciej Korbasiński
ISBN 978-83-8234-542-1
Warszawa 2020
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
1
Dziecko znajduje się w ogromnym sklepie podzielonym na wiele korytarzy. Ściany
pokryte są metalowymi regałami sięgającymi sufitu. Stoją na nich tysiące świec. Wszystkie te
świece płoną, wydzielając gryzący zapach. Do tego jest duszno, gorzkie powietrze wdziera się do
gardła, dusi, powoduje łzawienie. Chłopiec wolno rusza przed siebie, zaczyna szukać mamy.
Przyszli w to miejsce przecież razem. Dlaczego jego mama nagle zniknęła? Po co zostawiła go
samego? Czy to jakaś gra? Czy specjalnie się przed nim schowała? W którą ma iść stronę?
Długie korytarze są pus­te, nie chodzą po nich ludzie z wózkami. Dlatego chłopca nagle ogarnia
wielki lęk. Raz w tygodniu jeździ z matką do dużego miasta. Nigdy nie widział pustego sklepu.
Lecz nie to najbardziej go przeraża. Najgorsze są świece. Światło, które wytwarzają, porusza
ścianami, stalowymi żerdziami półek i bezkresnym falującym sufitem. Błyszcząca pajęczyna za
chwilę opadnie na chłopca, a wtedy z cienia wystawi ogromną niklowaną głowę monstrualny
pająk. Chłopiec zaczyna krzyczeć. Tak chce pokonać strach. Krzyk ma również zaalarmować
matkę. Wyrwać go z koszmaru.
Chłopiec otwiera oczy. Siedząc w kolorowej piżamie na rozmemłanym łóżku, rozgląda
się dookoła. Powoli dociera do niego, że znowu śnił mu się ten sam koszmar. Nocna lampka na
stoliku jest zapalona. Pokój chłopca ma ciepłe barwy. Tak różne od tych, które widział jeszcze
przed chwilą. Wstaje i boso rusza do drzwi. Wychodzi na korytarz, z dłonią przy ścianie kieruje
kroki do sypialni matki. Wchodzi w ciemność. Zaczyna wołać: „Mamo! Mamusiu!” – lecz nikt
mu nie odpowiada. Wychodzi z sypialni i idzie do kuchni. Cały czas porusza się w mroku. Zna
układ domu na pamięć. Kuchnia nie ma drzwi. Oddzielona jest od korytarza cienkimi paskami
kolorowej tkaniny, które zwisają luźno do podłogi. Chłopiec boi się dotknąć tej delikatnie
falującej zasłony. Co będzie, jeśli za nią stoi straszny człowiek i utnie mu rękę? Albo metalowy
pająk ze snu? Ale potrzeba odszukania matki jest tak wielka, że wsuwa stopę między paski, które
normalnie, za dnia, łaskoczą go w palce, lecz teraz oplatają je i może za chwilę wciąg­ną w jakąś
lodowatą dziurę. „Mamo! Jesteś tu?”. Chłopiec ociera rękawem piżamy zapłakane oczy.
Wchodzi do kuchni. Za oknem jest zupełnie ciemno. Słychać wycie wiatru i deszcz tłukący
o parapet. Chłopiec bierze ze stołu nóż. Zaciska go mocno w dłoni, aż czuje ból. Nie wie, co ma
robić dalej. Siada zatem na szerokim parapecie i wpatruje się w kontury drzew, ich szponiaste
gałęzie szarpane wiatrem. Nagle dostrzega niewielkie światełko przebijające przez gęstwinę.
Płomyk, prawie taki jak w jego śnie, pali się w oknie kościoła. Po chwili niknie, by zaraz potem
pojawić się ponownie. Chłopiec schodzi z parapetu. Idzie korytarzem do drzwi wyjściowych,
z wieszaka ściąga kurtkę, klęka i na czworakach szuka butów. Wkłada zimowe półbuty, kurtkę
oraz czapkę, która jest skryta w jednym z rękawów. Wychodzi z domu.
Wiatr jest lodowaty i bardzo silny. Wdziera się do nosa i ust. Chłopiec nie może złapać
tchu. Kryje usta dłonią, w którą falami uderzają strugi deszczu, dlatego chowa twarz w rękawie.
Wolno stawia kroki po mokrym bruku. Nie chce się poślizgnąć i wywrócić. Na chwilę zadziera
głowę i patrzy w okno obok drzwi wejściowych do świątyni. Zbudowany z czerwonych cegieł
kościół jest po drugiej stronie ulicy. Świat­ło płonie całkiem wyraźnie. Chłopiec dociera do
potężnych wrót. Klamka jest bardzo duża i ciężka. Dziecko nie ma tyle siły, by ją opuścić.
Przypomina sobie jednak, że z boku świątyni, po prawej, jest drugie wejście, z drzwiami
podobnymi do tych, jakie mają w domu. Takie umie już otworzyć. Sunie więc wolno wzdłuż
ściany do drzwi nad trzema niewielkimi stopniami. Tutaj wiatr dokucza znacznie mniej. Deszcz
prawie nie dociera. Tylko ciemność jest taka sama jak wszędzie, a może nawet większa. Chłopiec
Zgłoś jeśli naruszono regulamin