Halina Grażyna Wolder
Mamo, ja żyję…
Halina Grażyna Wolder
Mamo, ja żyję…
Książkę tę piszę na pośmiertną prośbę mej córki Małgosi,
która wiedziała, że moje cierpienie związane z jej
odejściem będzie głębokie i trwałe, więc żeby zmniejszyć
ten ból, przez kilka lat odwiedzała mnie i bliskie sobie
osoby. W ten sposób pomału przyzwyczajała nas, a
zwłaszcza mnie, do swojej stałej już nieobecności. Te
odwiedziny dawały mi siłę, której mi brakowało, żeby iść
przez życie dalej.
W ten oto sposób powstała książka o miłości,
przywiązaniu i życiu.
Z całą moją serdecznością, jaką mam w sobie… dziękuję
Ci, Małgosiu.
Prolog
Sint-Antelinks, 15 czerwca 2004 roku
Tak bardzo czekałam na przyjazd Małgosi – miała wrócić wcześnie rano, gdyż nocowała u
koleżanki. Ten dzień miałyśmy wolny i zaplanowałyśmy babskie zakupy. Dłużyło mi się
niesamowicie, więc żeby zabić ten czas, pojechałam po kilka rzeczy do sklepu, mając nadzieję, że
jak wrócę, ona będzie już na mnie czekać.
Wróciłam, ale Małgosi nie było. Na pewno zadzwonił do niej Vinot, pojechała do niego i
jeszcze z nim jest – pomyślałam.
O, ktoś dzwoni do drzwi. To na pewno Gosia, gdyż zdarza się, że czasami zapomina swoich
kluczy.
Nie, to nie ona. W drzwiach stał policjant. Była godzina dwunasta. Wizyta ta nie zdziwiła
mnie, gdyż parę miesięcy wcześniej przyszedł do nas funkcjonariusz, żeby sprawdzić, czy Małgosia
rzeczywiście u nas zamieszkała. Taka jest tutaj procedura, gdy ktoś zmienia miejsce zamieszkania.
Policjant wyglądał normalnie, nie był zdenerwowany, spytał tylko, czy mój mąż jest w
domu. Oczywiście był. Wpuściłam go do środka i poprosiłam męża, żeby zszedł na dół. Ten, idąc
do nas, spytał od razu, o co chodzi, czy coś się stało.
Miesiąc wcześniej do męża zadzwoniła policja z Brukseli z pytaniem, czy taki a taki
samochód należy do nas, a on potwierdził, że to auto jego pasierbicy. Na to policjant odparł, że
wszystkie opony w jej samochodzie zostały pocięte nożem przez chuliganów i auto stoi na
parkingu. Gosia była w tym czasie w odwiedzinach w Brukseli.
Dlatego też nie mieliśmy żadnego złego przeczucia, aż do momentu, gdy policjant zapytał:
– Czy samochód marki Audi A2 koloru czarnego o numerach rejestracyjnych LXM 217
należał do Małgorzaty Wolder?
– Tak, to auto mojej córki – odpowiedziałam szybko.
Fonny’emu, mojemu mężowi, zbladła twarz. Bardzo poważnie zapytał:
– Czy coś się stało?
Padło zdanie, które dotychczas dźwięczy w moich uszach:
– Miała wypadek.
Fonny szybko spytał, w którym szpitalu leży. Wtedy usłyszeliśmy:
– Ona nie jest ranna; zginęła na miejscu.
Fonny zaniemówił. Nie rozumiał, jak to się mogło stać. Patrzyłam to na policjanta, to na
Fonny’ego, a myśli przelatywały przez moją głowę. Co on opowiada, jak to, moja Małgosia nie
żyje? Już nigdy nie pojedziemy na wspólne zakupy? Już nigdy nie będziemy się razem smucić,
cieszyć, śmiać i robić jeszcze wielu innych rzeczy? Już nigdy… nigdy…
Zaczęłam krzyczeć:
– To nieprawda! Gosia żyje, tylko jest ranna, niech pan powie, że tak jest. – Spojrzałam
funkcjonariuszowi w oczy, ale on tylko na mnie patrzył.
Po chwili powiedział:
– Ona naprawdę nie żyje.
Znowu przemknęła mi przez głowę myśl, że już nigdy więcej nie zobaczę swojego dziecka –
nie, to niemożliwe!
Odwróciłam się w stronę kuchni i szybko skierowałam tam swoje kroki. Gdy tylko
przekroczyłam próg, wszystko we mnie puściło i zaczęłam spazmatycznie płakać i tupać nogami w
podłogę, jak robią to czasami dzieci. Krzyczałam:
– Nie, to nieprawda, to nie może być prawda!
Po chwili przyszedł mój mąż i przytulił mnie. Za nim pojawił się policjant. Fonny płakał
razem ze mną, bo chociaż Małgosia nie była jego córką, kochał ją jak własne dziecko. Nie pocieszał
mnie, bo cóż mógł powiedzieć; w tym momencie nie istniały żadne słowa pocieszenia. Był i razem
ze mną dźwigał tę tragedię – to było dla mnie najważniejszym wsparciem. Jego troska płynąca
prosto z serca tak wiele dla mnie znaczyła.
Gdy mąż się trochę uspokoił, zaczął zadawać policjantowi różne pytania, a ten z anielską
cierpliwością mu na nie odpowiadał. Ja natomiast długo nie mogłam dojść do siebie. Wyrywałam
się, żeby jechać do niej, do mojego dziecka, do mojej kochanej Małgosi; chciałam na własne oczy
zobaczyć, czy się nie pomylili. Policjant tłumaczył mężowi, że jeszcze nie można, że najpierw
muszą przewieźć ją do domu pogrzebowego.
Jak to się stało, że tego nie przeczułam?! Czyżby ostrzeżenia przekazywane mi w snach
przez moją nieżyjącą już mamę były niezbyt wyraźne, czy też źle je odczytałam?! Mama obiecała
mi, że po swojej śmierci będzie do mnie przychodzić, gdy w mojej rodzinie będzie miało stać się
coś niedobrego, tak jak robiła to jej mama, a moja babcia.
Tak, to prawda, była u mnie, ale ponieważ tak bardzo ją kocham i tęsknię za nią, jej widok
we śnie sprawił mi tyle radości, że nawet nie zastanawiałam się, co oznacza jej obecność – że to dla
mnie zwiastun czegoś bardzo niedobrego.
Był koniec letnich wakacji 2003 roku. Śniło mi się, że ktoś puka do drzwi; podeszłam,
otworzyłam je i zaniemówiłam z radości. W drzwiach stała moja mama. Wyglądała na nie więcej
niż trzydzieści pięć lat, miała na sobie piękną elegancką suknię, a jej ramiona otulała futrzana etola.
Na twarzy miała lekki uśmiech. Zrobiła krok do przodu, a ja krzyknęłam z radości:
– Mama!
Zbliżyłam się i przytuliłam ją, ale ona szybko złapała mnie za ramiona, odsunęła od siebie i
weszła w głąb mieszkania, dając mi do zrozumienia, że nie przyszła do mnie.
Po jakimś czasie Małgosia pokazała mi swój nowy nabytek, którym był duży, szeroki,
futrzany szal, podobny do etoli mojej mamy. Zaskoczona zapytałam:
– Po co to kupiłaś? Wkrótce będzie lato.
A ona na to:
– Jest bardzo ładny i kupiłam go w promocji. – Stanęła przed lustrem, zarzuciła go na siebie
i okręciła się nim parę razy, powtarzając: – Jest taki piękny i mięciutki, zobacz, mamuś.
A jednak moja mama dała mi znak. Ona nie przyszła w odwiedziny do mnie, ona przyszła
po Małgosię.
Gosia już nigdy nie założyła tego szala.